Dziwny jest ten świat

… to mało powiedziane ! ;-)

Mechanizmy obronne

Podziękowania dla autorki bloga „nowi przodkowie„, za znalezienie dwóch cennych dla mnie tekstów, a to jeden z nich, postanowiłem sobie umieścić na moim blogu ;]

Autorką poniższego tekstu jest Anna Lissewska, tekst ten jest/był na forum pod adresem: http://psychologia.apl.pl/forum/viewtopic.php?t=891&postdays=0&postorder=asc&start=0


Opór to siły w każdym z nas, które działają przeciwko procesowi poprawy i zmiany. Wydaje się absurdalne, ale tak rzeczywiście jest: sami sobie stoimy na drodze do szczęścia, rozwoju i zdrowia. W rzeczywistości opór służy temu, żeby sobie nie uświadamiać, bo po to zepchnęliśmy tyle do podświadomości, żeby nie cierpieć.

Zdrowie psychiczne zależy od stopnia świadomości – im więcej uda nam się przełożyć z tego, co nieświadome, na to, co świadome, tym jesteśmy zdrowsi. Ale jest to proces bolesny, a naturalną funkcją psychiki jest ochrona przed bólem. Stąd opór, wyśmiewanie psychoterapeutów, stąd też wcześniejsze procesy, które skazały część naszego „ja” na istnienie w podświadomości.

Jedynym sposobem na wydostanie się stamtąd w życiu dorosłym jest wgląd, czyli ta cudowna chwila, gdy pewne rzeczy w nas (niezrozumiałe zachowanie, nieadekwatne uczucia, dziwne objawy, powtarzające się problemy…) stają się zrozumiałe, układają w całość, uczucia idą w parze z myślami, pojawia się nowa opcja zamiast utknięcia w problemie. Niestety towarzyszy temu trudny proces, nie odbywa się bez bolesnej refleksji na własny temat, muszą najpierw dopaść nas długo blokowane uczucia. Trwała zmiana w naszej psychice nie jest efektem jednego wglądu, lecz bardzo wielu, na co potrzeba wiele czasu. Choć bywa, że coś się radykalnie zmienia pod wpływem jednej tylko chwili olśnienia. I niestety nikt nie ma na to monopolu, żaden genialny psychoterapeuta tego nie zrobi bez współpracy pacjenta – bez jego otwartości na to, co słyszy, bez umiejętności abstrakcyjnego myślenia na swój temat, bez odrzucenia przywiązania do obrazu siebie, bez chęci zmiany, bez umiejętności stanięcia „obok siebie” czyli równoczesnego przeżywania i obserwowania siebie. To nie takie proste i dlatego mimo najlepszych chęci każdy nieustannie musi zmagać się z własnym oporem.

Oczekiwanie, że można zmienić życie radami, przepisami na szczęście, jest cudownym złudzeniem, w które większość ludzi chętnie wpada, by nie konfrontować się ze swoimi problemami. Ludzie chcieliby się zmienić bez dotykania bolesnych miejsc, bez zaglądania do źródeł swoich życiowych trudności, bez przeżywania smutku i złości. Na złudzeniu, że to możliwe, żeruje wiele pseudoterapii i wiele wydawnictw.

Gdyby tak było, że od tego, co powiem, napiszę, ktoś mógłby stać się wolny od problemu lub szczęśliwy, dawno byłabym multimilionerką, nawet gdybym brała tylko złotówkę od cudownej rady. Gdyby te wszystkie poradniki walające się po księgarniach miały moc uzdrawiania świata, dawno byłby piękny i zdrowy. Niestety. Ludzka psychika rządzi się skomplikowanymi prawami a mechanizmy obronne nie pozwalają nam zmieniać swojego postępowania ot tak. Nie po to używaliśmy ich tak długo, czasem wbrew logice, by teraz szybko z nich rezygnować. Mechanizmy obronne są sposobem na uporanie się z rzeczywistością, zarówno tą wewnątrz nas jak i na zewnątrz, więc niby dlaczego mielibyśmy zaufać, że teraz będzie inaczej i rezygnować z tego, co nas do tej pory chroniło przed bólem, lękiem i uświadomieniem sobie rzeczy, których nie chcemy przyjąć do wiadomości? Oczywiście mechanizmów tych używamy bezwiednie, są one naszą „drugą naturą” i nie zdajemy sobie z nich sprawy. Jedne z nich wytworzyliśmy już we wczesnym niemowlęctwie, inne trochę później, ale też w dzieciństwie. To nic, że zaburzają obiektywne patrzenie na rzeczywistość, nie pozwalają mieć pełnego obrazu sytuacji, świadomości tego, co tak naprawdę dzieje się wokół nas – to cena jaką płacimy za zmniejszenie cierpienia.

A oto mechanizmy obronne, których używamy:

Najmniej dojrzałe, wywodzące się z niemowlęctwa:

Idealizacja: postrzeganie niektórych osób jako wyłącznie dobrych, czego przykładem może być, gdy ktoś mówi, że jego rodzice są bez skazy, nie widzi ich wad, choć inni widzą, jak bardzo go krzywdzą, manipulują nim i wikłają.

Projekcja: przypisywanie innym ludziom własnych, nieakceptowanych przez siebie uczuć czy pragnień.

Przykłady: skrajnie podejrzliwą wobec swojego partnera jest ta kobieta, która sama kiedyś zdradziła; gdy ktoś podejrzewa innych o zawiść, o niechęć wobec jego sukcesów, sam w głębi duszy jest bardzo zawistną osobą.

U osób głębiej zaburzonych projekcja powoduje, że własne nieakceptowane impulsy (np. seksualne, homoseksualne, agresywne, zawistne) przeżywane są tak, jakby były na zewnątrz, grożą ze strony innych.

Projekcyjna identyfikacja: to jakby krok dalej niż projekcja – nie dość że przypisuje się innym nasze uczucia, to jeszcze prowokuje ich do tego, by potwierdzili, że rzeczywiście je mają. Piszę o tym m.in. w WIELKIEJ MIŁOŚCI, bo przypisywanie komuś jednej strony własnego konfliktu wewnętrznego i prowokowanie do tego, by zachowywał się zgodnie z tym, co ma reprezentować, to właśnie ten mechanizm.

Identyfikacja: nieświadome przyjmowanie myśli czy zachowań innego człowieka – jeśli tego, którego kochamy i podziwiamy, to po to, by mu dorównać, by chciał z nami być, jeśli kogoś, kogo się boimy – by nas nie krzywdził. Częsta jest np. identyfikacja z agresorem – ktoś bity i poniżany w dzieciństwie, gdy to tylko możliwe, staje się taki sam wobec innych słabszych, w ten sposób nieświadomie ucieka od swojego losu ofiary i ma nadzieję, że go już nigdy nie spotka.

Zaprzeczanie: nie przyjmowanie do wiadomości realnych faktów.
Przykładem może być matka, która nie wierzy w śmierć swojego dziecka i wciąż (nawet do końca życia) czeka na jego powrót do domu, ale także w prostych sprawach – przymykanie oczu na przykrą rzeczywistość, np. na zdradę partnera.

Zniekształcenie: mechanizm podobny, ale chodzi o to, by tak postrzegać rzeczywistość, aby zgadzała się z naszymi potrzebami. Mogę się założyć, że każdy z was czytając moje teksty wyłapuje to, co mu pasuje do koncepcji na życie i usprawiedliwia jego postępowania, a nie zauważa tego, co kłóci się z jego obrazem siebie i świata. Czasem, gdy czytam wasze komentarze pod moimi artykułami, zachodzę w głowę, gdzie wyczytaliście to, co komentujecie. Mam ochotę niektóre tytuły opatrzyć uwagą: „czytać szczególnie uważne”.

Rozszczepienie: o tym też pisałam przy okazji tekstów o miłości, bo właśnie wtedy, gdy jesteśmy zakochani, mechanizm ten szczególnie nami rządzi. Na początku, zwłaszcza szalonej miłości, widzimy w tym człowieku same pozytywy, po jakimś czasie, zwłaszcza gdy nas rozczaruje i potem, gdy związek się rozleci, przeżywamy zupełnie odwrotny zestaw uczuć: żal, niechęć „do tego głupka”, pamiętamy wszystko co najgorsze. Wcześniej, by zbliżyć się do drugiej osoby, nieświadomie idealizujemy ją, upiększamy w swoich oczach, potem, by ułatwić sobie rozstanie, widzimy w niej same wady. Czyli z tej samej osoby robimy dwie: dobrą i złą. Zakochujemy się w dobrej, rozstajemy ze złą – dzięki temu nie musimy przeżywać, że tracimy nie tylko chama, zdrajcę czy nieudacznika, lecz także czułego kochanka (proszę sobie pozamieniać w wersji kobiecej), z którym przeżyliśmy tyle pięknych chwil. Bolałoby bardziej prawda? Nie mówiąc o tym, że wtedy byłaby szansa na refleksję – „jaki jest mój udział w tym, że ten związek się nie udał”, a tak winę zwalamy na złego partnera i możemy dalej powielać swoje błędy. Dramat kryje się też w tym, że rozstając się z kimś widzianym tylko jako zły, odbieramy sobie to, co od niego dostaliśmy. Widząc partnera i związek całościowo, mamy w sercu także to, co było dobre i nikt, nawet odchodząc w niecny sposób, nie może nam tego odebrać.

Mechanizm rozszczepienia może dotyczyć także własnej osoby.

Regresja: Ucieczka w trudnych sytuacjach do rozwiązań typowych dla wieku dziecięcego: płaczu, rozpaczania, bezradności. To oczywiście normalne zachowanie, gdy kogoś tracimy czy coś okropnego nam się w życiu przydarza; mechanizm regresji jest wtedy, gdy robi się z siebie małe, bezbronne dziecko, by uniknąć pewnych uczuć (lęku, wrogości) a także odpowiedzialności i stanięcia na własne nogi (licząc na to, że inni się wtedy nami zajmą).

Acting out: zamiana pragnienia lub impulsu psychicznego na działanie, by uciec od uświadomienia sobie przeżyć i towarzyszących im emocji. Ma miejsce np. wtedy, gdy ktoś wychodzi, trzaska drzwiami, zamiast zmierzyć się z problemem, robi karczemną awanturę, wrzeszczy czyli bez refleksji rozładowuje uczucia lub nagle z kłopotliwej sytuacji wybawia go pojawienie się potrzeby fizycznej, którą natychmiast musi zrealizować (siusiu, pić). Do typowych zachowań acting outowych należą: upicie się, sięgnięcie po narkotyki, po kolejnego papierosa, kupienie kolejnej, niepotrzebnej pary butów, pocięcie ciała żyletką, ucieczka w seks, masturbację, itd… To wszystko, by się uwolnić od napięcia i nie przeżywać zaistniałej życiowej trudności. Ucieczką w działanie jest też próba zmuszenia mnie do dania prostej rady, uspokajającego zapewnienia, czasem w tym celu ścigając mnie telefonem komórkowym w późnych godzinach nocnych, by uniknąć emocjonalnego (bezradność, silny lęk) borykania się z konsekwencjami swojego nieprzemyślanego postępowania. W acting out uciekają Ci, których uczucie lęku i bezradności dezorganizuje, zupełnie rozbija. Może jednak, zanim zamienicie impuls w czyn, warto na chwilę próbować się zatrzymać, by zwiększać tolerancję dla tych uczuć, uczyć się, że można je wytrzymać i radzić sobie z nimi. Warto, bo to jeden z najbardziej destrukcyjnych mechanizmów obronnych. Ulga jest chwilowa, problem i tak wraca. Pozytywna zmiana może nastąpić tylko w wyniku głębokiej refleksji nad samym sobą pod wpływem tych właśnie uczuć, od których uciekacie.

Blokowanie: wstrzymywanie się od wyrażania uczuć, powstrzymywanie impulsów kosztem ogromnego napięcia (które w końcu objawia się np. silnym bólem głowy, brzucha, pleców, sztywnością karku).

Hipochondryzacja: skupianie się na doznaniach płynących z własnego ciała, na najmniejszych odchyleniach od normalnego funkcjonowania organizmu, wyolbrzymianie dolegliwości fizycznych. W ten sposób niektórzy przekształcają swoje negatywne uczucia do osób, do których nie wolno im mieć pretensji (np. do chorej lub poświęcającej się matki). Agresywne impulsy zamienione są w urojone objawy płynące z własnego ciała, a zajmowanie się nimi chroni przed uczuciami do ludzi. W przypadku czytelniczek mojego artykułu chodzi o uciekanie przed głębszą refleksją na temat sytuacji zagrożenia, jaką sobie zafundowały, ma też ochronić przed wyrzutami sumienia, lękiem przed karą, oczekiwaniem najgorszego za ulegnięcie impulsom seksualnym.

Pasywno – agresywne zachowania: gdy ktoś boi się wprost wyrażać złość, agresję, robi to „okrężną drogą” – złości innych swoim zachowaniem. Na tego, który dał się sprowokować, spada wina za posiadanie takich uczuć, a ten, który je wywołał, jest wolny od podejrzeń, że jest wściekły. Typowym zachowaniem pasywno – agresywnym jest spóźnianie się, zapominanie, bierność, nieumiejętność podjęcia decyzji, ustawianie się w roli ofiary.

Somatyzacja: to najtrudniejszy do ujawnienia mechanizm. Ktoś ucieka od problemu w objawy, czyli choruje, zamiast przeżywać. W skrajnych wypadkach ktoś całe życie się leczy, szuka przyczyn fizycznych, tymczasem objaw to sposób, w jaki organizm próbuje nam uświadomić psychiczny problem, przedostać się na zewnątrz z jakimś głęboko ukrytym, wewnętrznych konfliktem psychicznym. Objawy psychosomatyczne (tak się wtedy nazywają) mogą być tylko zaburzeniami funkcjonowania organizmu, np. oddychania, krążenia, funkcji seksualnych, ale też mogą się wiązać z uszkodzeniem organów. Są objawy typowe dla osób zaburzonych we wczesnym rozwoju (tuż po urodzeniu, w niemowlęctwie), np. choroba wrzodowa, astma oskrzelowa, dermatozy, nadciśnienie, nowotwory, artretyzm, i takie, które są charakterystyczne dla nerwicowców: nerwica serca, impotencja, paraliż histeryczny, ślepota histeryczna, wymioty. Problem w tym, że ktoś, kto ucieka w chorobę, jest tak odcięty od swoich uczuć, że marna szansa przebić się do jego przeżyć psychicznych i przez to ulżyć jego fizycznemu cierpieniu. Można powiedzieć, że robi on wszystko, by nie cierpieć psychicznie, „woli” nawet ciężką chorobę (cudzysłów, bo w rzeczywistości nie zdaje sobie sprawy z tego mechanizmu).

Co jakiś czas każdy somatyzuje, np. by uniknąć konsekwencji swojego postępowania czy uciec od trudnego problemu (najczęstsza przyczyna bólu głowy), albo by ktoś się wreszcie zaopiekował a nie wciąż wymagał…

Nieco dojrzalszymi mechanizmami obronnymi, ale nadal nie uświadamianymi, są:

Racjonalizacja: tłumaczenie swojego zachowania zewnętrznymi okolicznościami. Na pewno to znacie – zamiast przyznać, że ma się z czymś problem, zwala się na pogodę, na hałas, duchotę, głupotę ludzi…

Kontrolowanie: próba zapanowania nad wszystkim, by nie przeżywać lęku np. z powodu nieoczekiwanej utraty czy porażki. Taka ciągła kontrola nie zostawia miejsca na przeżywanie i refleksję.

Przemieszczenie: nieświadome przesunięcie pragnień z jednego obiektu na inny, np. pożąda się ojca, a sypia z dużo starszym facetem.

Zahamowanie: ograniczenie lub rezygnacja z pewnych procesów psychicznych. Ktoś np. rezygnuje z kontaktów z rówieśnikami, by uniknąć rywalizacji.

Wyparcie: usuwanie i niedopuszczanie do świadomości przykrych wspomnień i myśli, które nie są zgodne z wyobrażeniem o sobie.
Na ogół wyparte zostają traumatyczne wydarzenia, stąd np. osoby, które jako dzieci były molestowane przez dorosłych (np. jednego z rodziców), często nie pamiętają tego faktu

Izolacja: oddzielenie treści wspomnień od związanych z nimi uczuć.
Takie osoby o swoich bardzo trudnych przeżyciach mówią monotonnym, pozbawionym jakichkolwiek emocji głosem. Dzięki temu nie przeżywają, często kosztem emocji w ogóle, przez co także w innych obszarach życia są zimne, oschłe, niezdolne do przeżywania głębszych uczuć.

Reakcja upozorowana: radzenie sobie z niechcianymi impulsami przez wyrażanie czegoś zupełnie przeciwnego, np. obrona przed impulsami homoseksualnym poprzez liczne przygody z kobietami. Dobrym przykładem jest też osoba nienagannie prowadząca się moralnie i nawołująca innych do czystości, a mająca „grzeszne” fantazje seksualne. Lub rozpowszechniająca poglądy przeciw masturbacji, podczas gdy sama ma z nią głęboki problem (zwalcza w innych własne nieakceptowane pragnienia). Czyli: im ktoś głośniej krzyczy, tym bardziej coś próbuje zakrzyczeć w sobie.

Seksualizacja: nadawanie nadmiernego znaczenia funkcjom seksualnym w celu ucieczki np. od dziecięcych potrzeb.

Bez mechanizmów obronnych nie dałoby się żyć, ale im są one dojrzalsze, tym zdrowiej i lepiej nam się żyje.

Do dojrzałych mechanizmów należą:

Altruizm: konstruktywne służenie innym, w przeciwieństwie do takiego, które służy zaprzeczaniu własnym potrzebom, zaspokajaniu innych, by nie czuć własnego głodu.

Antycypacja: realistyczne przewidywanie problemów, także tych wewnętrznych i w tym celu powstrzymywanie się przed szkodliwym działaniem, w przeciwieństwie do paranoicznego wynajdowania powodów, by uniknąć zaspokojenia jakiejś ważnej, ale będącej w konflikcie z inną, potrzeby.

Ascetyzm: czerpanie moralnej przyjemności i satysfakcji z odwlekania lub wzbraniania się przed przeżywaniem przyjemności, w przeciwieństwie do wcześniejszych różnych mechanizmów mających na celu całkowite wyeliminowanie swoich potrzeb i impulsów.

Humor: otwarte, nieco żartobliwe okazywanie uczuć, bez stawiania siebie i innych w kłopotliwej sytuacji (ale nie obśmiewanie swoich uczuć ani nadmierne dystansowanie się od nich).

Sublimacja: zaspokajanie swoich impulsów (głównie seksualnych) w społecznie akceptowany sposób, np. poprzez ekspresję w sztuce.

Tłumienie: świadome lub częściowo świadome odsuwanie uwagi od świadomych impulsów i konfliktów, np. zaangażowanie się w jakąś aktywność (np. sport), by poradzić sobie z nadmiarem impulsów seksualnych.

Jak zapewne zauważyliście, dojrzałe sposoby radzenia sobie związane są ze świadomością – wiemy co robimy, w przeciwieństwie do nie uświadamianych mechanizmów postępowania (myślimy, że robimy coś innego, niż w rzeczywistości robimy, nasze intencje są inne od tych, które sobie przypisujemy).

W tym, co do was piszę, często pojawia się określenie – konflikt wewnętrzny. Jest wtedy, gdy mamy jednocześnie przeciwstawne potrzeby i chęci – gdybyśmy zaspokoili jedną z nich, byłoby to sprzeczne z tą drugą. Przykładowe sytuacje konfliktowe: jednocześnie pragniemy bliskości i czuć się wolnym, niezależnym; ktoś nas bardzo pociąga seksualnie, ale nie chcemy skrzywdzić „prawowitego” partnera lub byłoby to niezgodne z wiarą czy burzyłoby nasz obraz jako porządnej osoby; jesteśmy na kogoś wściekli, ale boimy się, że się od nas odwróci… Czasem konflikty są stałym, wewnętrznym „ciężarem” psychicznym i wówczas stosujemy nieświadomą strategię (czyli mechanizm obronny), by się od nich uwolnić. Częstą jest projekcja jednej ze stron konfliktu na bliską osobę. Na ogół przypisujemy komuś tę stronę naszego konfliktu, która jest w niezgodzie z przekonaniem, jakie mamy na swój temat. Gdy chcemy myśleć o sobie, jako o niezależnej osobie – pozbędziemy się pragnienia bliskości i zależności i w okazywanie ich wmanewrujemy tego, kto nas kocha; gdy mamy o sobie zdanie: „jestem miły, nikogo bym nie skrzywdził” – własne sadystyczne czy wrogie impulsy zobaczymy w kimś innym; gdy uważamy się za osobę wierną, porządną, nie mogącą nigdy posunąć się „do czegoś tak haniebnego” – o chęć zdrady będziemy podejrzewać partnera.

Konflikty powstają, gdy jednocześnie przeżywamy różne pragnieniami (np. bliskość i niezależność), albo nie umiemy wybrać między sprzecznymi w tym momencie powinnościami (np. chcemy być w porządku wobec prawa i wyznawanych wartości moralnych a kłóci się to z lojalnością wobec przyjaciela), ale najczęściej konflikt rozgrywa się między instynktownymi lub dziecięcymi impulsami i pragnieniami, a powinnościami czyli naszą dorosłą, rozsądną częścią.

„Sprawką” Freuda jest też propozycja, by naszą psychikę podzielić na trzy części: id, ego i superego.

Id (TO) to właśnie impulsy i pragnienia, nazywane często instynktownymi, a w psychoanalizie – popędowymi. Freud pisał, że to „kocioł pełen wrzącego podniecenia”. Id kieruje się zasadą przyjemności, nawet jeśli nie są to pragnienia wynikające z popędu życia, popędu seksualnego, lecz z popędu śmierci. W tej sprawie, czy id to tylko biologiczne, cielesne popędy, czy także wszystkie mroczne, wyparte uczucia, jest pewien bałagan. Sam Freud zmieniał na ten temat zdanie, załóżmy więc, że ostateczną wersją jest, iż id, to wszystkie niechciane, nieakceptowane uczucia, takie jak nienawiść, zawiść, zachłanność, seksualne, kazirodcze, homoseksualne impulsy, a także wrogie, destrukcyjne (czyli niszczące zarówno siebie jak i innych, czy relacje z nimi) – wszystko to, co w toku wychowania musieliśmy nieco uładzić, ucywilizować albo wycofać z repertuaru naszych codziennych zachowań, by móc żyć wśród otaczających nas ludzi.

Superego (NAD-JA) to ta część, która pochodzi właśnie z procesu okiełznywania id. Zanim się wykształci, jego funkcję spełniają osoby z zewnątrz. Superego organizuje i utrzymuje zawiły system ideałów i wartości, zakazów i nakazów, obserwuje i ocenia, porównuje z ideałem i jeśli porównanie nie wypada dobrze – krytykuje, czyni wyrzuty i karze (wtedy czujemy się podle, mało warci), a jeśli ma za co – chwali i nagradza (wtedy samoocena się podnosi). Można nazwać je sumieniem, wewnętrznym krytykiem, cenzorem. Składają się nań normy moralne przekazywane nam przez społeczeństwo, nakazy i idee religijne, kulturowe, zasady i wartości naszych rodziców i innych wychowujących nas osób. Wyrazem dojrzałości psychicznej jest, gdy te nakazy, zakazy i normy nie są przyjęte bezkrytycznie lub pod wpływem strachu, lecz zostaną przez nas zweryfikowane, skorygowane przez nasze życiowe doświadczenie, w zgodzie z resztą naszego Ja, czyli uwewnętrznione. Dopóki tak się nie stanie, wciąż oglądamy się na innych, porównujemy z nimi i na zewnątrz siebie szukamy wskazówek i wytycznych na życie. Gdy superego jest bardzo surowe, bezlitosne, za każdy przejaw id oczekujemy kary i biczujemy się strasznymi wyrzutami sumienia. Niektórzy nigdy nie są w stanie sprzeciwić się srogim normom i na nowo odbudować już własny, indywidualny system wartości (co jest zdrowym procesem w rozwoju człowieka) i jeśli jednocześnie zepchnęli w „niebyt podświadomości” swoje impulsy i pragnienia, gdy wewnętrzny konflikt między id a superego nabrzmieje, są szczególnie narażeni na chorobę psychiczną.

Ego (JA) zajmuje miejsce między pierwotnymi popędami a wymaganiami świata zewnętrznego, do niego należy pogodzenie id i superego, czyli adaptacja do rzeczywistości. Im dojrzalsze, tym mniej targani jesteśmy przez impulsy, co nie znaczy, że znikają, tylko że pojawia się zdolność mieszczenia ich w sobie, ogarniania, bez konieczności natychmiastowego uwalniania (które przejawia się np. takim zachowaniem: gdy ktoś jest wściekły, to wrzeszczy i kopie lub gdy czuje napięcie, to uwalnia je poprzez masturbację czy seks) ani wypierania ze świadomości. Wówczas też lepiej je kontrolujemy (lepiej znaczy nie tylko skuteczniej ale i świadomie), zwiększa się tolerancja na lęk, bezradność, rozpacz a także silne, negatywne uczucia. Im słabsze ego, tym więcej zachowań ucieczkowych, acting-out’ów, miotania się, autodestrukcji.

W swoim rozwoju człowiek ma kilka bardzo trudnych momentów do przejścia. Im ma mniej dojrzały aparat psychiczny (a jak jest niemowlęciem czy małym dzieckiem, czy nawet nastolatkiem, to oczywiście ma mniej dojrzały, niż dorosły), tym większe ryzyko, że w którymś z nich utknie, zwłaszcza bez dostatecznego wsparcia rodziców.

Najpierw musi się poczuć bezpiecznie i chcianym na tym świecie. Jeśli poczuje się na tyle ważny, żeby być karmionym i zaopiekowanym, przychodzi jeden z najtrudniejszych momentów – rozstanie się ze złudzeniem, że jest pępkiem świata. Konieczność pożegnania się z tym przekonaniem jest warunkiem udanego życia i dojrzałego związku. Pojęcie rany narcystycznej wiąże się właśnie z byciem zranionym faktem, że świat nie kręci się wokół nas, nie jesteśmy jedyni i najważniejsi. Jednym z kluczowym momentów jest uświadomienie sobie, że pierś mamy (lub symbolizująca ją butelka z mlekiem) nie należy do nas i jeśli jej nie ma, gdy jej pragniemy, nie oznacza, że jest to wymierzone przeciwko nam. Pierś należy do odrębnej osoby, a więc osoba ta – matka, może nam ją dać albo zabrać, jesteśmy od niej zależni. Do pewnego momentu żyjemy w niemowlęcym przekonaniu, że jesteśmy z matką jednością, wszechpotężnym, wszechwładnym bytem, któremu nic nie grozi, wszystko może, nie ma żadnych ograniczeń, a gdy tylko pojawi się głód, pierś jako nasza własność wleje swoją zawartość w przełyk i zaspokoi każde pragnienie, co zależy tylko od nas, od nikogo więcej. Jak się domyślacie, od początku życia niemowlę, chciało nie chciało, doświadcza faktu, że to nieprawda, ale nie jest w stanie tego przyjąć, więc już wtedy korzysta z mechanizmów obronnych, które mają za zadanie uchronić je przed konfrontacją z tą przykrą rzeczywistością. Gdy przekonanie, że jesteśmy najważniejszą istotą na ziemi, nie wytrzymuje próby czasu, aby ratować pozycję pępka świata, zaczynamy żyć w przekonaniu, że pierś dlatego nie spełnia natychmiast każdej naszej potrzeby, bo jest złośliwa i wrogo nastawiona, a w późniejszym życiu – gdy coś nie idzie po naszej myśli, lub gdy inni nie spełniają naszych potrzeb, znaczy, że wymierzone jest to przeciwko nam. Dzięki temu świat dalej kręci się wokół naszej szanownej osoby – skoro nie chce się kręcić dla nas, to przynajmniej niech się kręci przeciwko nam. Są tacy, którym szczęśliwie udaje się skonfrontować z tym, że to nieprawda, już w niemowlęctwie. Uznanie tego a także odrębności matki, a co za tym idzie, że nie jest się wszechmocnym i wszechpotężnym (czyli omnipotentnym) jako część potężnej matki -wszechświata, tylko małym, zależnym i bezbronnym, to krytyczny moment w życiu każdego. Im bardziej musieliśmy się namęczyć we wczesnym niemowlęctwie, by zaprzeczyć temu (z punktu widzenia rozwoju, dziecko jakiś czas po urodzeniu musi czuć się jak pępek świata i mieć poczucie omnipotencji), tym trudniej potem uznamy rzeczywistość za prawdziwą. Wiele osób nie może się rozstać z tą potrzebą, nie może się z tym pogodzić nawet do końca życia. Tragiczne w konsekwencjach poczucie omnipotencji dorosłego człowieka służy temu, by nie bał się zależności, bezradności, które w niemowlęctwie przysporzyły mu tyle cierpienia. Konsekwencje przeświadczenia „jestem pępkiem świata, inni się nie liczą tylko ja”, są, jak się domyślacie, tragiczne nie tylko dla tych, którzy się z kimś takim kontaktują, ale dla całej naszej planety.

Drugim, późniejszym, krytycznym momentem jest zakończenie problemu edypalnego. Sytuacja edypalna to najbardziej znienawidzone przez ludzi odkrycie Freuda. Nic dziwnego – tylko zaprzeczając mu, można uniknąć kolejnej, przykrej konfrontacji z rzeczywistością. O konflikcie edypalnym pisałam już kilka razy, tym razem skupię się na sednie tego problemu: uznaniu, że rodziców łączy coś (czyli seks), z czego my – dzieci jesteśmy wyłączeni. Ten niby oczywisty fakt, na emocjonalnym poziomie jest najtrudniejszy do przyjęcia: dla mamy czy taty nie jesteśmy jedyni i najważniejsi, bo są takie chwile i to ważne chwile w ich życiu, gdy partner seksualny jest ważniejszy i nie jest to wymierzone przeciwko nam, lecz z uczuciami do nas – dzieci nie ma nic wspólnego. Przynajmniej tak powinno być w zdrowej rodzinie. PRZEŻYCIE TEGO FAKTU, uznanie, że gdy mama z tatą zamykają się w sypialni, nie oznacza, że nas nie kochają, odrzucają jako mniej wartościowych, lecz – że nie jesteśmy i nigdy nie będziemy partnerem seksualnym rodzica i że jest taki obszar w ich życiu, do którego nie mamy wstępu, jesteśmy z niego wyłączeni, JEST KLUCZOWE. Jeśli będziemy potrafili skonfrontować się z zamkniętymi drzwiami od sypialni rodziców a następnie umieli stamtąd odejść w poszukiwaniu swojego życia, swojego partnera (a nie zastępstwa rodzica płci przeciwnej, jego symbolu, tak jak jest w przypadku np. żonatego, dużo starszego partnera), mamy szansę na szczęśliwe życie. Niestety wiele osób albo w ogóle nie widzi żadnej sypialni i zamkniętych drzwi (udaje, że rodzice nie sypiają ze sobą) albo przymyka oczy na ten fakt, albo odchodzi spod tych drzwi w przekonaniu, że rodzice zamknęli je im na złość, albo tkwi cały czas pod nimi w nadziei, że jednak zostaną wpuszczeni i wyeliminują rodzica tej samej płci. I oczywiście, nawet w dzieciństwie (choć są tacy, którzy robią to wprost: walą w te drzwi, jeśli są zamknięte lub wchodzą do łóżka, uniemożliwiając kochanie się rodzicom, albo mniej wprost: wiecznie chorują i zmuszają mamę, by tkwiła przy ich łóżeczku zamiast w łóżku z tatą), to zaprzeczanie odbywa się w sposób symboliczny. Sytuacja edypalna jest objęta tabu kazirodztwa, stąd nasze seksualne pragnienia do rodziców, jako absolutnie nieakceptowane, chyba najgłębiej tkwią w podświadomości i z największym oporem odkrywamy je w sobie (stąd wyszydzanie teorii Freuda). Zarówno uznanie, że pierś mamy nie należy do nas, jak i faktu istnienia małżeńskiego łoża z wszystkimi tego konsekwencjami, to momenty bolesnego upadku na ziemię z wysokości swoich przekonań o własnej potędze i wyjątkowości. Im bardziej bronimy się przed raną narcystyczną jako dzieci, tym boleśniejsze będzie dojrzewanie i tzw. kryzys wieku średniego. Każdy z tych etapów w życiu wiąże się z przeżyciem jakiś zamkniętych drzwi, jakiś nieodwołalnych faktów, których nie możemy uznać za nieistniejące ani za takie, na które mamy aż taki wpływ, by je odwlec, unieważnić, zlikwidować. I o ile przed dorosłością można próbować uciekać, o ile można długo udawać, że wszystko jest możliwe – wystarczy tylko chcieć, nie ma ograniczeń, świat stoi otworem i można go do woli eksploatować dla własnej przyjemności, o tyle, zbliżając się do czterdziestki, nie da się już zaprzeczyć ani temu, że nasze możliwości są ograniczone, ani przemijaniu, ani słabości ciała i duszy ani zamkniętym drzwiom, tym razem już nie do sypialni, ale po śmierci. Śmierć jest ostateczna i nieodwołalna, tak jak powinno było być zamknięcie sypialnianych drzwi. Tych drzwi nijak się nie da otworzyć i żadne walenie w nie nie wskrzesi ani nas ani ukochanej osoby. Niektórzy dopiero wobec śmierci są w stanie przyjąć tę prawdę. A ci, którzy znów się z tym nie mogą pogodzić, jeśli mają takie możliwości, mogą uciekać w coraz młodszych partnerów, w różnego rodzaju ekscytacje, a jak się nie da, wybierają ucieczkę w samobójstwo (lub bardziej nieświadomie w nieszczęśliwy wypadek), podtrzymując w ten sposób złudzenie, że jednak to od nich zależy, mają nad tym kontrolę i nic ich nie będzie stawiać przed faktem dokonanym – nawet śmierć.
To jeszcze przed wami, na razie zmagacie się z progiem dorosłości, co też nie jest różowe ;)

Zanim skończę, napomknę jeszcze o zjawisku przeniesienia. Ma wiele wspólnego z projekcją i z projekcyjną identyfikacją. Oznacza tyle, że do wszystkich ważnych (zarówno kochanych jak znienawidzonych, lubianych i nie lubianych), znaczących osób z naszego obecnego życia żywimy te same uczucia, co do najbliższych w dzieciństwie. Autorytety, nauczyciele, szefowie, partnerzy, przyjaciele symbolizują najbliższych. Jak nie chcą być podobni, zmuszamy ich przez prowokację, albo po prostu przypisujemy im to, z czym w rzeczywistości niewiele mają wspólnego. Matka, ojciec, rodzeństwo, także babcia, dziadek, jeśli odegrali w naszym dzieciństwie znaczącą rolę, zaludniają nasz wewnętrzny świat. A to, jak postrzegamy rzeczywistość, świat na zewnątrz, niestety często ma niewiele wspólnego z realnym stanem rzeczy. Widzimy to dookoła siebie, co nosimy w sobie, co wynieśliśmy z rodzinnego domu. Jeśli była w nim zdrada, brutalność, upokarzanie, tak będziemy widzieć obecne otoczenie, takie cechy przypisywać innym. Partnerów, przyjaciół, szefów, psychoterapeutów obdarzymy odpowiednimi cechami, każdemu przypiszemy odpowiednią rolę, by potwierdzali nam obraz świata z dziecięcych czasów. Jeśli mieliśmy szczęśliwe dzieciństwo, stworzymy szczęśliwy związek a potem rodzinę, a świat będzie się nam wydawał fajnym miejscem do życia. Jeśli więc ktoś przychodzi do mnie i mówi, jak bardzo źle się czuje, jak bardzo jest nieszczęśliwy, jakie okropne jest życie i świat, a przy tym mówi, że miał idealnych rodziców i cudowne dzieciństwo, wiem, że wiele mechanizmów obronnych chroni go przed bolesną prawdą na temat jego rodzinnego domu. Jeśli w swoim aktualnym związku ma poważne problemy, znaczy że wewnątrz siebie tworzy związki na podobieństwo relacji, które tworzyli z nim rodzice lub które tworzyli ze sobą. A im coś bardziej zaprzeczone, zepchnięte do podświadomości, tym bardziej „dziwaczny”, nierozwiązywalny problem zagości w naszym życiu. Im więcej niedopuszczalnych, nieakceptowanych uczuć, impulsów tam siedzi, w tym bardziej pokręcony, niezrozumiały sposób będą się ujawniać.

Każdy ma jakiś centralny problem, wokół którego kręci się jego życie (może nie jest w stanie zrezygnować z pozycji pępka świata, może panicznie boi się porażki, zależności, własnej agresji, może bycia opuszczonym, może zawładniętym, pochłoniętym, unicestwionym…).

Nie ma ludzi wolnych od problemów, konfliktów wewnętrznych, ale w zależności od tego, w co wyposażyło ich dzieciństwo, jedni radzą sobie w bardziej dojrzały sposób, a inni w mniej. Ci ostatni mają emocjonalne problemy bardzo utrudniające im życie. I dla nich ratunkiem jest psychoterapia.


O narcyzmie też tu

ps. Dzięki „zu” ;-]

Luty 3, 2009 - Posted by | psychologia | , , , ,

2 komentarzy

  1. bardzo prosze. jak zawsze do twej dyspozycji:))

    komentarz - autor: zu | Luty 4, 2009

  2. Dzieki za świetny artykul, bardzo mi dzis pomogl!:)
    Pozdrawiam

    komentarz - autor: Kamila | Maj 6, 2009


Przepraszamy, możliwość dodawania komentarzy jest obecnie wyłączona.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

%d bloggers like this: