Dziwny jest ten świat

… to mało powiedziane ! ;-)

O nauczaniu w szkole

Ciekawy tekst ze strony edunews.pl

Zaburzenia w uczeniu praktycznie nie istnieją
Redaktor: Mateusz Grzesiak
05.03.2009.
Lista tzw. zaburzeń w uczeniu się i liczba „dzieci z trudnościami w szkole” stale się powiększa. Kiedyś tak nie było. Żaden lekarz nie wie dokładnie, czy są jakieś znamiona tego zaburzenia w mózgu (nie ma!), ale za to psychologowie i pedagodzy coraz liczniej sięgają po różnego rodzaju środki psychotropowe albo przenoszą dzieci do szkół specjalnych, wyrządzając im krzywdę na resztę życia.

Zostałem kiedyś poproszony o pomoc dzieciakom, które według nauczycielki miały problemy z nauką. Szkolna pedagog była absolutnie przekonana, że musi to być ADHD – chłopcy byli hiperaktywni, nie można było ich uspokoić i nie potrafili się rzekomo koncentrować.

Wchodzę do świetlicy i moim oczom ukazuje się taka scenka – jeden z braci w absolutnym skupieniu bawi się samochodem, drugi w tym czasie słucha reprymendy nauczycielki. Gdy po chwili ona daje mu spokój, bierze do ręki gumową pałkę i zaczyna skradać się na paluszkach w kierunku swojego brata.

Zapytałem wtedy pedagożki, który z nich ma problemy z koncentracją, bo zarówno jeden, jak i drugi wygląda na absolutnie skupionego na tym, co robi. Ona na to, że rozrabiać to oni owszem, potrafią, ale nie wysiedzieć na lekcjach. Poszedłem więc na lekcję. „Pan Mateusz będzie dziś naszym gościem. Dzieci, przywitajcie Pana”. Dzieciaki z II klasy wydawały się być bardziej uradowane moją obecnością niż nauczycielka. Wyglądało na to, że wreszcie się coś dzieje.

Zdaje się, że była to lekcja na temat środowiska. Pani wyjęła książkę, otworzyła powolnym ruchem i zaczęła czytać. Jej głos był monotonny, jednostajny, w stałym tempie. Mnie interesowała tylko reakcja dzieciaków.

Część z nich od pierwszych zdań zmrużyła oczy, oparła się wygodniej o krzesło i zaczęta wolniej i głębiej oddychać. Im dłużej nauczycielka mówiła, tym bardziej te procesy fizjologiczne się potęgowały – nieznaczne powiększenie dolnej wargi, zrelaksowanie mięśni całego ciała. W mojej profesji coś takiego jest książkowym przykładem transu!

Przypomnij sobie jakiś wykład albo zajęcia, na jakich prowadzący na jedno kopyto czytał swoje materiały. Wtedy byłeś myślami wszędzie, ale na pewno nie w klasie. Monotonny, nużący głos jest od stuleci stosowany przez hipnotyzerów do wywołania stanów transowych. Nauczycielka, o czym nie wiedziała, była mistrzynią w tym zakresie. Złapałem się na tym, gdy minęło 10 minut, a ja nie wiedziałem, co się w ich trakcie zdarzyło.

Pozostała część dzieciaków, w tym delikwent od gumowej pałki, zaczęła wodzić oczami dookoła i szukać rozrywki – nie każdy 8-latek ma ochotę przesiedzieć godzinę i zanudzać się na śmierć. W końcu znalazł jakiś kamyk na podłodze. Podniesienie go zabrało mu dobre 3 minuty (by nauczycielka nie widziała) i, według mnie, wyglądał na maksymalnie skoncentrowanego. Potem był już tylko cel, jakim był kołnierz kolegi, pal i krzyk przerażenia ofiary oraz dziki śmiech całej klasy. Wyglądało na to, że wszyscy poza nauczycielką dobrze się bawią – od razu precz z sali i do dyrektora. Też wyszedłem, za bardzo kusiło mnie zrobienie jakiegoś numeru prowadzącej. Może ja też mam ADHD?

Umówiłem się na następne spotkanie. Tym razem to ja miałem prowadzić zajęcia. Od kilku miesięcy Pani próbowała na próżno wbić dzieciakom do głowy nazwy liści. Ucieszony taką łatwizną, zabrałem wszystkich, także dyrekcję, do pobliskiego parku na pokazową lekcję w moim wydaniu. Pani od „transów” miała zakazane czytanie, chodziła tylko i pokazywała dzieciom liście. Ja organizowałem w tym czasie konkursy z nagrodami – kto rzuci najdalej bukiem, ten dostanie cukierka. Przerobiliśmy w ciągu pół godziny dwa razy więcej niż nauczycielka wymagała – uczyli się przez zabawę, naukę kojarzyli więc z przyjemnością, i w trzech systemach sensorycznych – kinestetycznie, gdy dotykali liści, wizualnie, gdy na nie patrzyli i akustycznie, gdy wymieniali ich nazwy. Po miesiącu w ramach superwizji spytałem, kto pamięta je wszystkie. Ponad 90% klasy zapamiętało każdą nazwę, reszta zapamiętała prawie wszystko.

Wiele lat temu, w latach 70. USA – stamtąd ADHD się wywodzi – przechodziło kryzys gospodarczy, w efekcie czego klasy (szczególnie w szkołach publicznych) były mocno przepełnione – 30, 40 osób. Aby jeden nauczyciel mógł sobie poradzić z taką grupą, musiałby być naprawdę niezłym belfrem i publicznym mówcą – inaczej kontrolowanie tak dużej grupy może być trudne. Wtedy też nauczyciele zaczęli skarżyć się na hiperaktywność niektórych dzieci. Jakaś mądra głowa wymyśliła więc, że jest to zaburzenie, nadała temu nazwę i wrzuciła w kategorię chorób. Szkoda tylko, że masa dzieci dostawała morderczy Ritanol, czyli dexamfetaminę (nazwa nie jest myląca). Dowcip polegał na tym, że ten sam środek spowalniał dzieci, ale na dorosłych działał jak typowa amfetamina. Propozycje części środowiska edukacyjnego w USA, by wobec tego nauczyciel wziął Ritanol i nadążał za dzieciakami, nie wiedzieć czemu, nie pasowała kadrze pedagogicznej – lepiej było truć kilkadziesiąt osób zamiast jednej.

Pracowałem w USA z takimi dziećmi. Jeden z nich, Scotty, budził się o 5 nad ranem (miał 7 lat) i zaczynał się trząść; nie był w stanie utrzymać sam szklanki w ręku. Wtedy dostawał około 8 tabletek, w tym Ritanol, uspokajał się po paru minutach i był w stanie położyć się do łóżka. Przez taką kurację przechodził 3 razy dziennie. Nie chcę wiedzieć, jak zniszczony musiał mieć mózg po ktfku latach brania narkotyków nazywanych w tamtym przypadku lekarstwami.

Po latach doświadczeń w pracy z dziećmi zacząłem mieć ogromne wątpliwości co do tych wszystkich teorii o zaburzeniach i trudnościach z nauką. Uważałem, że zamiast kategoryzowania i nadawania etykietek, lepiej byłoby zadać pytanie: jak można zmotywować je do nauki? W setkach przypadków okazywało się, że dziecko z chęcią nauczy się czegoś, jeśli połączy to z przyjemnością. Środowisko edukacyjne do dziś nie zrozumiało, że nie byłoby problemów z chodzeniem do szkoły, gdyby uczono tam w przyjemniejszy sposób. Nauczyciele, jakich lubiłeś, niewątpliwie uczyli w jakiś inny sposób, może byli zabawniejsi albo prowadzili ciekawsze zajęcia. Dlatego chodzenie na ich lekcje było frajdą i motywowało cię do nauki przedmiotu.

Nie twierdzę, że ADHD nie istnieje – niewątpliwie są dzieci, które faktycznie mają ten problem, ale jestem też przekonany, że kiedyś nie było tak wielu przypadków ADHD jak sądzono i wygląda na to, że klasyfikowanie ucznia jako dziecka z problemami jest łatwiejsze niż zmotywowanie go do nauki.

Kolejną kwestią jest także dysleksja. W zeszłym roku wymyśliłem sposób na jej pozbycie się i do tej pory ja lub ludzie przeze mnie wyszkoleni nauczyli prawidłowo pisać i czytać kilkuset dyslektyków.

Jak wygląda proces stawania się dyslektykiem? Dziecko przejawia jakieś trudności z pisaniem, czytaniem, ortografią i rodzice zabierają je do poradni. Wydawałoby się, że poradnia ma dawać rady, a więc rozwiązywać problemy. Tymczasem dzieciak rozwiązuje tam testy, które w założeniu stwierdzą, czy ma dysleksję, czy też nie. Żadnego rozwiązania problemu więc tak czy inaczej nie dostanie. Zgroza, gdy oficjalnie wyda mu się glejt dyslektyka – do końca życia będzie robił błędy, na maturze zaznaczy krzyżykiem, że jest upośledzony, a pozostałe dzieci w klasie znajdą sposoby, by się z niego naśmiewać. Przy okazji, oprócz „wyroku” z poradni wniesie do swojego życia brak poczucia kompetencji, wiary w siebie, zaniżone poczucie własnej wartości.

Zróbmy małe ćwiczenie. Pomyśl o czymś, czego przykładem są Tatry, Bieszczady i Beskidy. Wyraz zaczyna się na „g”. Skoro już odpowiedziałeś sobie w głowie, że są to góry, skąd wiesz jak ten wyraz się pisze? Bo „góry” brzmią tak samo jak „gury” – nie ma różnicy w wymowie. Tutaj uwaga – lwia część dyslektyków robi proste błędy ortograficzne, jak w powyższym wyrazie. Może już wiesz, jak się pisze ten wyraz, bo robisz w głowie dwa obrazy – jeden to obraz gór z wierzchołkami, w jakich może kiedyś byłeś, drugi to fizycznie napisane słowo „góry”. Inaczej nie wiedziałbyś, że jest to „ó”. Podstawowa różnica więc między tymi, którzy piszą bezbłędnie a tymi, co błędy robią, sprowadza się do prostej strategii umysłowej – robienia obrazów wyrazów. „Dyslektycy” – w cudzysłowie bo przy kilkuset „wyleczonych” osobach ciężko jest mówić o zaburzeniu, chorobie etc. – nie robią obrazów wyrazów, których pisowni nie znają albo robią je niewyraźne, źle skontrastowane itd. – fizycznie więc nie widzą ich pisowni, więc nie wiedzą, jak je napisać. Zgadują i robią błędy.

Pracowałem kiedyś z 14-letnim Bartkiem, który poza robieniem błędów dodatkowo nie pamiętał wielu ważnych rzeczy ze swojego życia – np. adresu zamieszkania lub numeru telefonu. Gdy pytałem go o ten numer, mówił, że nie wie. Zapytałem, jak wobec tego daje go innym, kiedy go o to poproszą? Wtedy robi genialny zabieg i pokazuje mi swoją strategię – wyciąga telefon, trzyma go w jednej ręce, patrzy na klawiaturę i kciukiem odpala sekwencję ruchów, a po chwili czyta swój numer z wyświetlacza.

Ile razy nie wiedziałeś, jak napisać jakiś wyraz i brałeś do ręki długopis, rozpoczynałeś słowo i nagle szło automatycznie, bo ci się przypominało? To jest przykład pamięci kinestetycznej. Twoja ręka, gdy odpalisz sekwencję ruchów, pamięta jak ją skończyć. Tak jakbym powiedział: „Poszła Ola do….” i właśnie dialogiem wewnętrznym sam dokończyłeś zdanie.

Gdy schował telefon, zapytałem go znowu o numer telefonu. Nie pamiętał. Wyciągnął więc znowu komórkę, zrobił dokładnieto samo, co poprzednio, ale tym razem miałem dla niego dodatkowe zadanie – wyobrażenie sobie, jak ten obraz z wyświetlacza wędruje z ekranu telefonu do góry nad jego oczy i tam zostaje. Bartek uwielbiał robić zdjęcia, więc gdy powiedziałem, by „strzeli! fotkę”, nie było kłopotów. Schował telefon, a gdy zapytałem go o jego numer, tym razem jego oczy siup do góry i z lewej na prawo po kolei czytał na głos treść swojego mentalnego obrazu, jaki przed chwilą stworzył. Pamiętał. Nie wierzył, że tak można, bał się że zapomni, ale ja wiem, że odkryłem coś, co zmieni życie wielu osób.

Potem przez kilka miesięcy pełnych spotkań z „dyslektykami” opracowywałem ćwiczenia i sposób na nauczenie się ortografii i lepszej koncentracji. Dziś zlikwidowanie owego zaburzenia zabiera mi jedno spotkanie, w trakcie drugiego sprawdzam tylko pracę domową, czyli zrobione dyktanda. Zrobiłem też kilkugodzinny film instruktażowy, by inni mogli z tego sami korzystać.

Czas pewnie, bym się przedstawił – nazywam się Mateusz Grzesiak, zajmuję się uczeniem innych – w ogromnym stopniu korzystając z NLP. Gdybyś miał wynieść i tego artykułu tylko jedną rzecz, niech będzie to rzecz następująca: jeśli nie ma w mózgu fizycznych uszkodzeń, czyli „sprzęt działa sprawnie”, cała reszta jest tylko i wyłącznie kwestią programowania. Krótko mówiąc możesz się tego nauczyć. Baw się i życzę powodzenia.

(Notka o autorze: Mateusz Grzesiak jest twórcą autorskiej metody pozbycia się dysleksji, wiecej o nim na http://www.NLPPolska.pl)

Źródło: http://www.edunews.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=653&Itemid=1

Marzec 6, 2009 - Posted by | Inne

Sorry, the comment form is closed at this time.

%d blogerów lubi to: