Dziwny jest ten świat

… to mało powiedziane ! ;-)

Alice Miller – „Bunt Ciała”

Parę słów o książce… z książki ;]

z tyłu:

Dostojewski, Kafka, Nietzsche, także Virginia Woolf, Marcel Proust, James Joyce, Fryderyk Schlller, Artur Rimbaud, Yukio Mishima, Antoni Czechów to ofiary złego traktowania w dzieciństwie. Fakty z ich biografii, które przytacza Autorka, w sposób wstrząsający potwierdzają jej tezę, że zacieranie krzywd doznanych w dzieciństwie nie zda się na nic. Zapieranie się autentycznych, silnych emocji ma zawsze konsekwencje dla naszego ciała, bądź w postaci chorób, bądź destrukcyjnych uzależnień.

„Jeżeli człowiek – pisze w przedmowie Alice Miller – wmawia sobie, że czuje to, co czuć powinien i stara się usilnie nie czuć tego, co uważa za niestosowne, zaczyna chorować, chyba że każe za to płacić swoim dzieciom, wykorzystując je do projekcji własnych tłumionych emocji. Sądzę, że udało mi się odkryć tutaj pewną psychobiologiczną prawidłowość, którą przez bardzo długi czas przesłaniały nakazy moralne i religijne”.

Alice Miller jest psychologiem, terapeutą, autorką tak poczytnych książek, jak Zniewolone dzieciństwo, Mury milczenia (kolejne wydania pt. Pamięć wyzwolona, Gdy runą mury milczenia] i Dramat udanego dziecka.

Przedmowa

GŁÓWNYM TEMATEM wszystkich moich książek jest zaprzeczanie prawdzie o cierpieniach naszego dzieciństwa. Każda z nich koncentruje się na określonym aspekcie tego zjawiska i naświetla go szerzej niż pozostałe — w Zniewolonym dzieciństwie* i Murach milczenia** omówiłam na przykład jego przyczyny i skutki. W późniejszych książkach zajęłam się wpływem, jaki na życie dorosłego człowieka ma zatarcie pamięci o krzywdach doznanych w dzieciństwie, a za jego pośrednictwem na różne dziedziny życia społecznego (Der gemiedene Schliissel [Odrzucony klucz] omawia na przykład przeniesienie tego problemu na płaszczyznę sztuki i filozofii, Gdy runą mury milczenia*** natomiast na płaszczyznę polityki i psychiatrii). Poszczególne aspekty tego zjawiska wiążą się ze sobą, dlatego zdarza się, że ten sam problem omawiany jest w kolejnych książkach. Uważny czytelnik bez trudu jednak zauważy, że za każdym razem przedstawiony jest w innym kontekście i z innego punktu widzenia.

Pojęcia, którymi się posługuję, zachowują natomiast — niezależnie od kontekstu — zawsze takie samo znaczenie. Tak na przykład słowo „podświadomy” oznacza wyłącznie wyparte, odszczepione, nie dopuszczane do świadomości treści (wspomnienia, emocjo, potrzeby). Składają się one na historię człowieka, która jest w całości zapisana w jego ciele, lecz tylko w niewielkim stopniu uświadamiana. Stosownie do tego, pojęcia „prawda” używam nie w sensie metafizycznym, lecz wyłącznie w sensie subiektywnym, zawsze w odniesieniu do konkretnego człowieka. Często mówię o Jego” lub „jej” prawdzie, o historii określonej osoby, ujawnionej i poświadczonej przez jej emocje (por. np. s. 26-27 i n. i 126 i n.). Słowo „emocja” oznacza dla mnie nie zawsze świadomą, ale niezmiernie istotną reakcję ciała na zdarzenia zewnętrzne lub wewnętrzne, np. strach przed burzą, wściekłość po stwierdzeniu, że padło się ofiarą oszustwa lub radość z upragnionego prezentu. Słowa „uczucie” używam natomiast raczej w odniesieniu do świadomie przeżytych emocji (por. np. s. 26-27 i n., 93 i n., i 131 i n.). Zamykanie oczu na emocje uważam natomiast za luksus — niezmiernie kosztowny i najczęściej (auto)destrukcyjny (por. AM 2001).

Ta książka mówi o konsekwencjach, jakie ma dla naszego ciała zapieranie się autentycznych, silnych emocji. Żądają od nas tego między innymi również moralność i religia. Na podstawie doświadczeń zebranych przeze mnie w trakcie psychoterapii — zarówno mojej własnej, jak i wielu innych osób — stwierdziłam, że ludzie maltretowani w dzieciństwie są w stanie zadośćuczynić czwartemu przykazaniu jedynie dzięki całkowitemu wyparciu i odszczepieniu swych autentycznych emocji. Nie mogą kochać i szanować rodziców, bo ciągle jeszcze się ich podświadomie boją. Nawet gdyby bardzo tego chcieli, nie są w stanie nawiązać z rodzicami swobodnych, opartych na zaufaniu relacji. Zazwyczaj łączy ich z nimi chorobliwa więź, połączenie strachu i poczucia obowiązku, która w żadnym wypadku nie jest miłością, lecz tylko jej atrapą. Poza tym ludzie, którzy byli maltretowani w dzieciństwie, często przez całe życie czekają na to, że w końcu zostaną obdarzeni miłością, której dotychczas nie doświadczyli. Te oczekiwania umacniają ich przywiązanie do rodziców, które w religii określane jest jako miłość i uznawane za cnotę. Taką postawę przyjmuje, niestety, również większość terapeutów, ponieważ pozostają oni wierni nakazom tradycyjnej moralności. Koszty tej moralności ponosi jednak ciało.

Jeżeli człowiek wmawia sobie, że czuje to, co czuć powinien i stara się usilnie nie czuć tego, co uważa za niestosowne, zaczyna chorować, chyba że każe za to płacić swoim dzieciom, wykorzystując je do projekcji własnych tłumionych emocji. Sądzę, że udało mi się odkryć tutaj pewną psychobiologiczną prawidłowość, którą przez długi, bardzo długi czas przesłaniały nakazy moralne i religijne.

W pierwszej części książki przedstawiam mechanizm działania tej prawidłowości na przykładzie kilku biografii sławnych ludzi. Kolejne części ukazują, jak autentyczny kontakt z drugim człowiekiem może pomóc wyjść z błędnego koła samooszukiwania i przezwyciężyć chorobę.

Wprowadzenie: ciało i moralność

CIAŁO CZĘSTO REAGUJE CHOROBĄ na długotrwałe lekceważenie jego ważnych funkcji życiowych. Należy do nich między innymi wierność naszej prawdziwej historii. Dlatego też ta książka zajmuje się przede wszystkim konfliktem między tym, co czujemy i wiemy, co pamięta nasze ciało, a tym, co czuć chcemy, aby zadośćuczynić normom moralnym, które przyswoiliśmy sobie we wczesnym dzieciństwie. Okazuje się, że między innymi także jedna z powszechnie uznanych norm, mianowicie nakaz bezwzględnego kochania i szanowania naszych rodziców, bardzo często nie pozwala nam na uświadomienie sobie prawdziwych emocji, a za ten kompromis nasze ciało płaci chorobą. Przytaczam tu wiele przykładów potwierdzających tę tezę, wiele życiorysów sławnych ludzi, przy czym koncentruję się nie na opisie ich całego życia, lecz przede wszystkim na problemie ich stosunku do rodziców, przez których byli krzywdzeni w dzieciństwie.

Z własnego doświadczenia wiem, że moje ciało jest dla mnie źródłem wszystkich informacji potrzebnych w drodze ku coraz większej samoświadomości i autonomicznej tożsamości. Dopiero wtedy, gdy pozwoliłam sobie na świadome odczucie i przeżycie tak długo tłumionych emocji, zaczęłam stopniowo wychodzić z cienia mojej przeszłości. Prawdziwych uczuć nie można wymusić. One po prostu są i zawsze mają jakąś przyczynę, nawet jeżeli bardzo często jej nie dostrzegamy. Nie mogę zmusić się do kochania czy choćby tylko szanowania moich rodziców, jeżeli buntuje się przeciwko temu moje ciało

z powodów, które są mu dobrze znane. Jeżeli jednak mimo to chcę zadośćuczynić nakazowi kochania i szanowania rodziców, zaczynam żyć w stresie, jak zawsze wtedy, gdy wymagam od siebie czegoś niemożliwego. Z powodu tego stresu cierpiałam niemal przez całe moje życie. Próbowałam wmówić sobie pozytywne uczucia, a ignorować negatywne po to, by żyć w zgodzie z normami moralnymi, z systemem wartości, który akceptowałam, a właściwie dlatego, aby moi rodzice mnie kochali. Moje rachuby jednak zawiodły. W końcu musiałam zrozumieć, że miłości nie da się wymusić, jeżeli jej nie ma. Z drugiej strony jednak stwierdziłam, że jestem zdolna do całkowicie spontanicznego odczuwania miłości, na przykład do moich dzieci, do moich przyjaciół, choć nie wymagają tego ode mnie żadne normy moralne. Działo się tak wtedy, gdy czułam się całkowicie wolna i otwarta na wszystkie moje emocje, także negatywne.

Świadomość, że nie jestem w stanie manipulować moimi emocjami, że nie mogę udawać ani przed sobą, ani przed innymi, sprawiła mi dużą ulgę, przyniosła poczucie wyzwolenia. Dopiero wtedy zobaczyłam, ilu ludzi niemal zamęcza się na śmierć — tak jak ja to robiłam wcześniej — próbując zadośćuczynić nakazowi kochania i szanowania swoich rodziców i nie widzi, jaką cenę każą płacić za to swojemu ciału lub swoim dzieciom. Jeżeli odbywa się to kosztem dzieci, można żyć nawet sto lat, nie poznawszy prawdy o tym, że oszukujemy samych siebie, bo ciało nam tego nie powie.

Gdyby matka, która mimo usilnych starań nie potrafi pokochać swojego dziecka, ponieważ sama w dzieciństwie nie doświadczyła miłości, przyznała się do tego otwarcie, zostałaby z pewnością uznana za osobę niemoralną. Ja jednak uważam, że właśnie uznanie swych prawdziwych uczuć umożliwiłoby jej zbudowanie uczciwej, nieobciążonej kłamstwem relacji z dzieckiem i okazanie mu prawdziwego wsparcia.

Kiedy dziecko przychodzi na świat, potrzebuje miłości rodziców, to znaczy uwagi, opieki, życzliwości, pielęgnacji i bliskiego kontaktu. Jeżeli tego wszystkiego doświadczy, jego ciało zachowa dobre wspomnienia, a człowiek dorosły będzie umiał przekazać tę miłość własnym dzieciom. Jeżeli jednak tego wszystkiego zabrakło, w człowieku przez całe życie dpozostaje tęsknota za zaspokojeniem jego pierwszych żywotnych potrzeb. Jako człowiek dorosły przenosi ją później na relacje z innymi ludźmi. Inaczej mówiąc, im mniej dziecko otrzymało miłości, im bardziej było odrzucane i maltretowane pod pozorem wychowania, tym bardziej człowiek dorosły przywiązany jest do rodziców i osób, na które przeniósł swoje oczekiwania, w nadziei, że kiedyś wreszcie zostaną spełnione. Jest to normalna reakcja ciała. Ono wie, czego mu brakuje, nie może o tym zapomnieć i czeka, aż ta luka zostanie wypełniona.

Im człowiek jest starszy, tym trudniej mu otrzymać od innych ludzi miłość, której kiedyś odmówili mu rodzice. Jego oczekiwania jednak w żadnym razie nie maleją. Przenosi je jedynie na relacje z innymi ludźmi, przede wszystkim z własnymi dziećmi i wnukami, chyba że uda mu się zrozumieć zasadę działania tego mechanizmu. Jeżeli przestaniemy zapierać się własnych uczuć i je tłumić, spróbujemy uświadomić sobie, jakie naprawdę było nasze dzieciństwo, będziemy w stanie sami zadbać o swoje potrzeby, na których zaspokojenie czekamy od urodzenia lub nawet jeszcze dłużej. Możemy sami obdarzyć się uwagą, szacunkiem, zrozumieniem dla własnych emocji, potrzebną opieką, bezwarunkową miłością — wszystkim, czego nie dostaliśmy od rodziców.

Aby tak się stać mogło, musimy pokochać dziecko, którym kiedyś byliśmy, bo inaczej nie będziemy wiedzieć, na czym miłość polega. Jeżeli chcemy się tego nauczyć w trakcie terapii, potrzebujemy ludzi, którzy zaakceptują nas takimi, jacy jesteśmy, obdarzą opieką, szacunkiem, sympatią i swoją autentyczną obecnością, którzy pomogą nam zrozumieć, jak staliśmy się tym, kim jesteśmy. To podstawowe doświadczenie jest konieczne, abyśmy mogli stać się rodzicem dla tkwiącego w nas, dręczonego niegdyś dziecka. Nie może nas tego nauczyć terapeuta, chcący wtłoczyć nas w sztywne ramy teorii psychoterapeutycznej, której jest zwolennikiem, ani psychoanalityk, którego uczono, że wobec opowiadań pacjenta o traumatycznych przeżyciach z dzieciństwa należy zachować postawę neutralną i interpretować je jako fantazje. My potrzebujemy terapeuty empatycznego, który podzieli nasze przerażenie i oburzenie, gdy krok po kroku odkrywać będziemy przed nim i przed sobą emocje wywołane świadomością, jak bardzo cierpiało to małe dziecko, jak

bardzo osamotnione było w swej rozpaczliwej walce o przetrwanie, którą zmuszone było toczyć tak długo. Potrzebujemy wsparcia takiej osoby (nazywam ją świadomym świadkiem), abyśmy sami mogli wspierać tkwiące w nas dziecko, to znaczy rozumieć mowę jego ciała i jego potrzeby, zamiast je ignorować tak, jak to czyniliśmy dotychczas na wzór naszych rodziców.

To, o czym tutaj mówię, jest całkowicie realistyczne. Dzięki wsparciu empatycznego, nieneutralnego terapeuty możemy odnaleźć swoją prawdę. W trakcie tego procesu możemy uwolnić się od naszych dolegliwości psychosomatycznych, od depresji, odzyskać radość życia, wyjść ze stanu permanentnego wyczerpania i odczuć przypływ energii, bo nie musimy jej już zużywać na wypieranie naszej prawdy. Tak charakterystyczne dla depresji uczucie zmęczenia pojawia się mianowicie zawsze wtedy, gdy tłumimy nasze silne emocje, kiedy bagatelizujemy i ignorujemy zapisane w naszym ciele wspomnienia.

Dlaczego więc tak rzadko terapie kończą się sukcesem? Dlaczego większość ludzi, łącznie ze specjalistami, woli raczej wierzyć w siłę działania leków niż zaufać temu, co mówi ciało? Ono wie przecież najlepiej, czego nam brakuje, czego potrzebujemy, co nie wychodzi nam na dobre, na co reagujemy alergicznie. Wielu ludzi woli jednak raczej sięgnąć po środki farmakologiczne, narkotyki, alkohol niż wsłuchać się w mowę ciała, przez co jeszcze bardziej odgradzają się oni od swojej prawdy. Dlaczego? Bo prawda jest bardzo bolesna? Tak niewątpliwie jest. Ból jednak z czasem mija, a wsparcie ze strony drugiej osoby pomaga go znieść. Moim zdaniem problem polega właśnie na braku tego wsparcia, jak się bowiem wydaje, nasza moralność uniemożliwia większości terapeutów okazanie pomocy maltretowanemu niegdyś dziecku i dostrzeżenie skutków doświadczeń urazowych z okresu wczesnodziecięcego. Są oni posłuszni przykazaniu, które nakazuje nam czcić naszych rodziców, „abyśmy długo żyli i dobrze nam się powodziło”.

Wniosek, że właśnie ten nakaz moralny uniemożliwia wyleczenie urazów z wczesnego dzieciństwa, nasuwa się niejako sam. Nie jestem zdziwiona faktem, że problem ten nie stał się nigdy przedmiotem publicznej dyskusji. Siła i zasięg oddziaływania czwartego przykazania są tak wielkie, ponieważ opiera się ono na naturalnej więzi małego dziecka z jego rodzicami. Nawet najwięksi filozofowie i pisarze nie odważyli się nigdy go zaatakować. Choć Nietzsche bardzo ostro krytykował chrześcijańską moralność, nigdy nie atakował swojej rodziny. W każdym maltretowanym w dzieciństwie człowieku drzemie bowiem strach małego dziecka, że zostanie ukarane, jeżeli zbuntuje się przeciw postępowaniu rodziców. Strach ten jednak jest obecny tylko tak długo, jak długo go sobie nie uświadamiamy. Kiedy go rozpoznamy i nazwiemy, zacznie z czasem ustępować.

Nakaz bezwzględnego kochania i szanowania rodziców połączony z oczekiwaniami wewnętrznego dziecka powoduje, że większość terapeutów opiera psychoterapię na tych samych zasadach wychowawczych, których skutki zmusiły ich pacjentów do szukania pomocy. Wielu terapeutów nadal związanych jest z własnymi rodzicami pasmem niespełnionych dziecięcych oczekiwań. Nazywają to oni miłością i próbują ten rodzaj miłości zaoferować pacjentowi jako rozwiązanie jego problemu. Uważają, że warunkiem wyzdrowienia jest przebaczenie. Zdają się nie zauważać, że jest to pułapka, w której się sami znajdują. Przebaczenie nigdy bowiem jeszcze nie spowodowało wyzdrowienia (por. AM 1990/2003).

Siła oddziaływania tego nakazu, którego słuszności — co znamienne — nikt nigdy nie zakwestionował, wynika z faktu, że opiera się on na fizjologicznej więzi dziecka z rodzicami. Zachowujemy się więc tak, jakbyśmy wszyscy byli ciągle jeszcze dziećmi, którym nie wolno kwestionować nakazów rodziców. Jednak jako osoby dorosłe mamy prawo do postawienia pewnych pytań, nawet jeżeli zdajemy sobie sprawę z tego, jak bardzo byliby nimi zaszokowani nasi rodzice.

Mojżesz, który przekazał swemu ludowi w imieniu Boga Dziesięcioro Przykazań, sam był dzieckiem porzuconym, choć niewątpliwie stało się tak z uwagi na wyższą konieczność. Jak większość porzuconych dzieci miał nadzieję, że pewnego dnia jego rodzice jednak obdarzą go miłością, jeżeli potrafi okazać wystarczające zrozumienie i głęboki szacunek. Rodzice porzucili go, aby uchronić go przed prześladowaniami, lecz niemowlę w wiklinowym koszyczku nie potrafiło tego z pewnością zrozumieć. Dorosły Mojżesz powiedziałby zapewne: moi rodzice porzucili mnie, aby mnie ochronić. Nie mogę przecież mieć im tego za złe, powinienem być im za to wdzięczny, uratowali mi życie. Odczucia dziecka były jednak zapewne zupełnie inne: dlaczego moi rodzice mnie porzucili, dlaczego narazili na niebezpieczeństwo utonięcia? Czy mnie nie kochają? Rozpacz i śmiertelny strach, zapisane w pamięci ciała autentyczne emocje małego dziecka żyły dalej w Mojżeszu i kierowały nim, gdy przekazywał swojemu ludowi dziesięcioro przykazań.

W przeszłości nakaz bezwzględnego kochania i szanowania rodziców stanowił zapewne jakąś formę zabezpieczenia ich losu na starość i z tego punktu widzenia był wówczas być może konieczny. Dzisiaj już takiej potrzeby nie ma. Dlaczego więc ciągle ma on tak wielki wpływ na ludzi? Zawiera bowiem w sobie pewną groźbę czy nawet próbę szantażu – jeżeli chcesz długo żyć, musisz szanować swoich rodziców, nawet jeżeli oni na to nie zasługują, bo inaczej przedwcześnie umrzesz.

Większość ludzi zachowuje to przykazanie, chociaż wywołuje ono w nich zamęt i lęk. Myślę, że należy wreszcie potraktować poważnie doświadczenia urazowe z okresu wczesnego dzieciństwa i ich wpływ na życie człowieka, a co za tym idzie, uwolnić się od nich. Nie oznacza to jednak w żadnym razie, że mamy potraktować naszych rodziców z takim samym okrucieństwem, z jakim oni nas traktowali. Chodzi o to, abyśmy umieli zobaczyć, jacy oni byli naprawdę, jak obchodzili się z nami, gdy byliśmy małymi dziećmi, i w wyniku tego uwolnili siebie i swoje dzieci od przymusu powtarzania tego samego wzorca zachowań. Musimy rozstać się z uwewnętrznionymi rodzicami, którzy w dalszym ciągu oddziałują na nas destrukcyjnie, bo tylko w ten sposób osiągniemy stan zgody na nasze życie i nauczymy się szanować siebie samych.

Nie możemy się nauczyć tego od Mojżesza, ponieważ przyjmując czwarte przykazanie, sprzeniewierzył się przesłaniu swojego ciała. Nie potrafił postąpić inaczej, bowiem sobie go nie uświadamiał, jednak właśnie z tego powodu nie powinniśmy się zmuszać do przestrzegania tego przykazania.

We wszystkich moich książkach usiłuję, w różny sposób i w różnych kontekstach, pokazać, jak doświadczenie „czarnej pedagogiki” w dzieciństwie ogranicza później żywotność człowieka, jak osłabia lub nawet zabija jego poczucie tożsamości, umiejętność rozpoznawania i nazywania własnych uczuć i potrzeb. „Czarna pedagogika” wychowuje posłusznych, dostosowanych ludzi, którzy nauczyli się ufać jedynie swojej masce, ponieważ jako dzieci żyli w ustawicznym strachu przed karą. Motywem przewodnim ich dzieciństwa było: „Wychowuję cię tak, bo chcę dla ciebie jak najlepiej. Nawet jeżeli cię biję lub dręczę słowami, robię to tylko dla twojego dobra”.

Węgierski pisarz, laureat Nagrody Nobla, Imre Kertesz opowiada w powieści Los utracony o swoim przyjeździe do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Był wtedy piętnastoletnim chłopcem i usiłował wmawiać sobie, że wszystko, z czym się tutaj zetknął, jest dla niego dobre i korzystne. Inaczej, jak pisze, pewnie umarłby z przerażenia.

Przypuszczalnie tak samo zachowuje się każde maltretowane dziecko, chcąc przetrwać. Nadaje inny sens temu, czego doświadcza i usiłuje dopatrywać się korzyści tam, gdzie osoba postronna widzi tylko gwałt i nadużycie. Dziecko nie ma wyboru, musi zapierać się swoich przeżyć, jeżeli nie ma przy sobie osoby, która je wspiera, i zdane jest całkowicie na łaskę swoich dręczycieli. Wybór ma dopiero człowiek dorosły, jeśli ma szczęście spotkać na swojej drodze osobę, która będzie mu towarzyszyła w odkryciu jego historii, stając się dla niego świadomym świadkiem. Może wtedy dopuścić swoją historię do świadomości, przestać okazywać zrozumienie i współczucie tym, którzy go skrzywdzili, świadomie przeżyć swoje wyparte i odszczepione emocje, które były reakcją na tę krzywdę, i jednoznacznie ocenić, jak bardzo go skrzywdzono. Ten krok przynosi ciału wielką ulgę. Kiedy człowiek dorosły decyduje się poznać całą swoją prawdę, jego ciało nie musi już bezustannie przypominać mu za pośrednictwem różnego rodzaju dolegliwości o tragicznej historii tkwiącego w nim dziecka, bo czuje się przez niego rozumiane, szanowane, chronione.

„Wychowanie” oparte na przemocy jest dla mnie równoznaczne ze znęcaniem się, ponieważ nie tylko odmawia ono dziecku prawa do godności i szacunku należnych mu jako istocie ludzkiej, ale stanowi swego rodzaju system totalitarny, uniemożliwiający świadome przeżycie doświadczanych krzywd i upokorzeń, nie wspominając już o możliwości obrony. Człowiek dorosły powiela potem ten wzorzec wychowania w odniesieniu do własnych dzieci, do partnerów, w miejscu pracy, w polityce; zawsze wtedy, gdy próbuje z pozycji siły bronić się przed lękiem tkwiącego w nim zdezorientowanego dziecka. Stąd biorą się dyktatorzy i ludobójcy starający się przy użyciu siły wymusić szacunek, którego odmówiono im w dzieciństwie.

W polityce właśnie widać najlepiej, jak bezgraniczna może być żądza władzy i uznania. Im więcej władzy mają tacy ludzie, tym bardziej kieruje nimi przymus powtarzania pewnych działań, których destrukcyjności nie dostrzegają, co w rezultacie nieuchronnie prowadzi ich do katastrofy, do stanu bezsilności, od której właśnie próbowali uciec. Tak było z siedzącym w bunkrze Hitlerem, owładniętym paranoicznym lękiem Stalinem, odrzuconym u schyłku życia przez naród Mao, wygnanym Napoleonem, uwięzionym Miloszewiczem oraz próżnym i chełpliwym Saddamem Husajnem, ukrywającym się w ziemiance. Co skłoniło tych ludzi do tak wielkiego nadużycia zdobytej władzy, że w końcu zmieniła się ona w niemoc? Myślę, że to ich ciała, w których pamięci zapisana została cała bezsilność ich dzieciństwa, próbowały skłonić ich do tego, aby ją sobie uświadomili. Oni jednak tak bardzo obawiali się prawdy o swoim dzieciństwie, że woleli raczej wyniszczyć całe narody, wymordować miliony ludzi, niż stawić jej czoło.

W tej książce nie będę omawiała szerzej motywów postępowania dyktatorów, chociaż uważam, że ich biografie są bardzo pouczające. Skoncentruję się tutaj na ludziach, którzy wprawdzie również wychowani zostali w duchu „czarnej pedagogiki”, ale nie czuli potrzeby zdobycia nieograniczonej władzy. W przeciwieństwie do dyktatorów stłumione uczucia wściekłości i oburzenia skierowali nie przeciwko innym, lecz przeciw sobie. Chorowali, cierpieli z powodu różnych dolegliwości lub bardzo wcześnie umarli. Najzdolniejsi z nich zostali pisarzami lub artystami. Potrafili ukazać prawdę w literaturze i sztuce, lecz w izolacji od własnego życia. To odszczepienie własnej historii przypłacili chorobą. W pierwszej części tej książki przytaczam przykłady takich tragicznych biografii.

W San Diego w USA przeprowadzono ankietę, w której wzięło udział 17 000 ludzi w wieku około 57 lat. Pytano ich o to, jak oceniają swoje dzieciństwo i na co w swoim życiu chorowali. Okazało się, że ludzie maltretowani w dzieciństwie o wiele częściej zapadali na ciężkie choroby niż ci, którzy jako dzieci nie byli bici ani krzywdzeni w inny sposób. Ci ostatni jako ludzie dorośli prawie w ogóle nie chorowali. Tytuł krótkiego artykułu na ten temat brzmiał: „Jak przemienić złoto w ołów”. Autor przesłał mi ten artykuł z następującym komentarzem: wyniki badań są jednoznaczne, bardzo wymowne, ale utajnione.

Dlaczego utajnione? Ponieważ nie można było ich opublikować, nie oskarżając tym samym rodziców, a to jest w naszym społeczeństwie ciągle jeszcze zabronione. Obecnie specjaliści w coraz większym stopniu skłonni są twierdzić, że choroby psychiczne ludzi dorosłych uwarunkowane są genetycznie, nie zaś spowodowane na przykład konkretnymi doświadczeniami urazowymi lub błędami wychowawczymi rodziców w dzieciństwie. Także niezmiernie interesujące wyniki badań nad dzieciństwem schizofreników z lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku nie zostały do dnia dzisiejszego udostępnione opinii publicznej, a jedynie opublikowane w czasopismach fachowych. Wspierana przez fundamentalizm wiara w nieograniczoną moc genetyki nadal triumfuje.

W Wielkiej Brytanii problemem tym zajmował się bardzo znany psycholog kliniczny Oliver James, który przedstawił go w swojej książce They F*** You Up (2003). Publikacja ta wywołuje, ogólnie rzecz biorąc, mieszane uczucia, ponieważ można odnieść wrażenie, że autor sam się przestraszył konsekwencji własnych odkryć. Przestrzega nawet wyraźnie przed obarczaniem rodziców odpowiedzialnością za cierpienia ich dzieci. Książka przedstawia jednak wyniki wielu badań i studiów, które dowodzą, że czynniki genetyczne mają niewielki wpływ na rozwój chorób psychicznych.

Temat dzieciństwa unikany jest bardzo starannie przez wielu terapeutów (por. AM 2001). Wprawdzie początkowo zachęcają oni klientów do uświadomienia sobie tkwiących w nich silnych emocji, kiedy one jednak się budzą, a wraz z nimi wyparte wspomnienia z dzieciństwa o wykorzystywaniu, upokarzaniu, doświadczeniach urazowych w pierwszych latach życia, zdarza się często, że terapeuci nie potrafią sobie z tym poradzić, bo sami jeszcze nie przebyli tej drogi. Psychoterapeutów, którzy uporali się z traumatycznymi doświadczeniami własnego dzieciństwa, spotkać można raczej rzadko. Większość z nich proponuje swoim klientom reguły „czarnej pedagogiki”, tzn. wierność normom moralnym, które właśnie stały się powodem ich choroby. Ciało nie rozumie nakazów moralnych, nie da się oszukać słowami, tak jak się to dzieje z naszym umysłem. Ciało jest strażnikiem naszej historii, pamięta bowiem wszystkie nasze życiowe doświadczenia i troszczy się o to, abyśmy byli w stanie z naszą prawdą żyć. Stara się zmusić nas za pośrednictwem różnych dolegliwości do uświadomienia sobie naszej historii, byśmy potrafili zrozumieć tkwiące w nas wykorzystywane i upokarzane niegdyś dziecko.

Osobiście doświadczyłam bicia w celu wymuszenia posłuszeństwa już w pierwszych miesiącach mojego życia. Przez wiele lat oczywiście nie miałam o tym pojęcia. Zgodnie z tym, co mówiła moja matka, jako małe dziecko byłam taka grzeczna, że ona nie miała ze mną żadnych problemów. Zawdzięczała to, jak twierdziła, konsekwentnemu stosowaniu swoich metod wychowawczych w czasie, kiedy byłam jeszcze niemowlęciem. Dlatego tak długo nie miałam żadnych wspomnień z pierwszych lat życia. Dopiero w trakcie mojej ostatniej terapii powiedziały mi o tym moje silne emocje. Ujawniły się one wprawdzie w powiązaniu z innymi osobami, ale stopniowo udało mi się odkryć źródło ich pochodzenia, zintegrować je jako świadome, zrozumiałe uczucia i krok po kroku zrekonstruować historię mojego wczesnego dzieciństwa. W ten sposób uwolniłam się wreszcie od dręczących mnie tak długo lęków, których przyczyny nie rozumiałam, i dzięki wsparciu empatycznego terapeuty udało mi się zaleczyć dawne rany.

Lęki te związane były w pierwszym rzędzie z moją potrzebą bliskiego kontaktu, której matka nie tylko nie rozumiała i nie zaspokajała, ale wręcz traktowała jako występek i karała, ponieważ nie mieściła się ona w sztywnych ramach jej systemu wychowawczego. Tę potrzebę kontaktu okazywałam najpierw poprzez płacz, potem przez stawianie pytań oraz opowiadanie o własnych uczuciach i myślach. Na mój płacz moja matka odpowiadała jednak klapsami, na pytania kłamstwami, a wyrażania uczuć i myśli po prostu mi zabroniła. Karała mnie za to, nie odzywając się do mnie całymi dniami. Ponieważ nie interesowało jej to, jaka jestem naprawdę, musiałam stałe ukrywać przed nią prawdziwe uczucia.

Moja matka była osobą bardzo wybuchową, ale nigdy nie zastanawiała się nad własnymi emocjami. Była sfrustrowana i niezadowolona z życia, a w związku z tym stale mnie za wszystko obwiniała. Kiedy broniłam się przed tą niesprawiedliwością lub usiłowałam dowieść własnej niewinności, odbierała to jako atak na siebie i często bardzo surowo karała. Ponieważ czuła się przeze mnie atakowana, uznawała, że tak właśnie jest. Aby móc stwierdzić, że jej emocje mają zupełnie inną przyczynę niż moje zachowanie, musiałaby się nad nimi zastanowić, a nie miała zwyczaju tego robić. Nigdy nie okazała mi, że jest jej przykro, że czegoś żałuje. Zawsze uważała, że „ma rację”. To powodowało, że moje dzieciństwo upłynęło w atmosferze reżimu totalitarnego.

Moją tezę o destrukcyjnym wpływie nakazu bezwzględnego kochania i szanowania rodziców próbowałam przedstawić w trzech różnych aspektach. Każdemu z nich poświęcona jest osobna część tej książki. W pierwszej części piszę o życiu pisarzy, którzy nieświadomie przedstawili w swych dziełach prawdę o własnym dzieciństwie. Nie dopuszczali jej do świadomości, ponieważ nie pozwalało im na to tkwiące w nich zalęknione dziecko, obawiające się, że grozi mu za to kara, a może nawet zagłada. Ponieważ lęk ten był zbyt wielki, aby mogli go doświadczyć świadomie, trwał w nich w stanie od-szczepienia. Cena, którą przyszło im zapłacić za ucieczkę od własnej prawdy w idealizację ojca i matki, była —jak to zobaczymy na przytoczonych przykładach — niezmiernie wysoka. Niestety, takich przykładów można by przytoczyć tutaj bardzo wiele. Jak widać wyraźnie, ludzie ci za przywiązanie do swoich rodziców zapłacili ciężką chorobą, przedwczesną śmiercią lub samobójstwem. Ubarwiana przez nich historia własnego dzieciństwa stanowiła skrajne przeciwieństwo prawdy zapamiętanej przez ich ciało. Prawdę tę odważyli się przedstawić w swoich dziełach, ale nie mieli odwagi jej sobie uświadomić. Dlatego ich ciało czuło, że nie jest ani rozumiane, ani szanowane. Z ciałem nie można sobie bowiem poradzić za pomocą norm etycznych. Jego funkcje, takie jak oddychanie, krążenie krwi czy trawienie reagują na to, c o przeżywamy, nie zaś na nakazy moralne. Ciało trzyma się faktów.

Od czasu, kiedy zajmuję się wpływem dzieciństwa na późniejsze życie człowieka, czytuję często dzienniki i listy pisarzy, którymi się szczególnie interesuję. Wielokrotnie znajdowałam w ich wypowiedziach klucz do zrozumienia ich utworów, ich poszukiwań, ich cierpienia tkwiącego korzeniami w dzieciństwie, którego tragizmu nie potrafili ani odczuć, ani sobie uświadomić. Nutę tego tragizmu udało mi się natomiast odnaleźć w ich dziełach, na przykład u Dostojewskiego, Nietzschego, Rimbauda. Sądziłam, że udało się to także innym czytelnikom. Kiedy zaczęłam jednak czytać biografie pisarzy, stwierdziłam, że zawierają one bardzo wiele szczegółów na temat ich życia, ale nie ma w nich słowa o tym, jak radzili sobie z traumatycznymi przeżyciami z dzieciństwa i jakie piętno wycisnęły one na ich życiu. Także podczas rozmów z badaczami literatury stwierdziłam, że są oni w najlepszym wypadku jedynie w bardzo niewielkim stopniu zainteresowani tym problemem. Większość z nich reagowała na moje pytania zażenowaniem, jakby dotyczyły one czegoś nieprzyzwoitego czy wręcz obscenicznego, i unikała dalszej rozmowy.

Jednak nie wszyscy. Niektórzy z nich wykazywali zainteresowanie tym aspektem życia pisarzy i dostarczyli mi niezwykle cennego materiału biograficznego. Był on im wprawdzie znany od dawna, lecz dotychczas uważali go za mało ważny.

Te właśnie powiązania, które większość biografów przeoczyła lub uznała za nieistotne, stanowią główny temat pierwszej części tej książki. Siłą rzeczy ograniczyłam się tylko do tego właśnie aspek-tu życia pisarzy, o których tam mowa, pomijając inne, równie ważne. Zdaję sobie sprawę, że w związku z tym mogę się spotkać z zarzutem jednostronności lub nawet tendencyjności. Biorę jednak na siebie to ryzyko, ponieważ nie chcę obarczać czytelnika zbyt wielką liczbą szczegółów, by nie odciągać go od głównego tematu książki, a mianowicie problemu: ciało i moralność.

Żaden z pisarzy, o których mówię, być może z wyjątkiem Kafki, nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo był w dzieciństwie krzywdzony przez rodziców. „Nie miał im niczego za złe”, przynajmniej świadomie. Wszyscy oni idealizowali swoich rodziców, nie mogli więc skonfrontować ich ze swoją prawdą, ponieważ wyparli ją ze świadomości i nie udało im się jej poznać nawet jako ludziom dorosłym.

Ta nieświadomość stanowi właśnie tragiczny rys ich najczęściej krótkiego życia. Moralność stanęła na przeszkodzie poznaniu rzeczywistości, uniemożliwiła tym zdolnym ponad miarę ludziom poznanie prawdy ich ciała. Mimo że byli orędownikami wolności (Schiller), próbowali przełamywać tabu obyczajowe (Rimbaud i Mishima) lub kanony literackie i estetyczne (Joyce) obowiązujące w ich czasach, nie umieli dostrzec, jakie więzy narzucili im ich rodzice. Także Marcel Proust, który potrafił na wskroś przejrzeć burżuazję, nie umiał dostrzec, jak bardzo cierpiał z powodu swej matki, tak silnie związanej ze swoją klasą. Skoncentrowałam się na tym właśnie aspekcie ich biografii, bo, o ile mi wiadomo, nikt jeszcze nic na ten temat nie opublikował.

W tej książce powracam niekiedy do myśli zawartych w poprzednich moich publikacjach, próbując je tu naświetlić z nowego punktu widzenia i starając się odpowiedzieć na pytania, które dotychczas pozostawały bez odpowiedzi.

Wprawdzie już od czasów Wilhelma Reicha wiadomo, że silne emocje można podczas terapii przywrócić do świadomości, to jednak dopiero dzisiaj, dzięki wynikom badań neuropsychologów, takich jak Joseph LeDoux, Antonio R. Damasio, Bruce D. Perry, zjawisko to można wytłumaczyć bardziej szczegółowo. Z jednej strony wiadomo, że w pamięci naszego ciała zapisane są wszystkie nasze przeszłe doświadczenia, z drugiej strony wiemy także, że jeśli uda nam się odbyć udaną psychoterapię, nie będziemy już dłużej skazani na to, by nieświadomie, bezrefleksyjnie odreagowywać nasze emocje na własnych dzieciach lub kierować je przeciwko sobie. Dlatego też w drugiej części tej książki mówię o znanych mi ludziach, którzy zdecydowali się stawić czoło własnej historii i zobaczyć swoich rodziców w prawdziwym świetle. Niestety, często okazuje się, że choć terapia mogłaby zakończyć się sukcesem, tak się nie dzieje, ponieważ psychoterapeuta posłuszny jest nakazom tradycyjnej moralności i usiłuje narzucić je klientowi, co powoduje, że ten nie potrafi uwolnić się od przymusu okazywania miłości i wdzięczności swoim rodzicom. W ten sposób zapisane w jego ciele autentyczne emocje pozostają nadal stłumione, co powoduje, że dręczące go dolegliwości w dalszym ciągu się utrzymują. Sądzę, że wielu ludzi, którzy wielokrotnie poddawali się psychoterapii, odnajdzie w tym, co tu napisałam, odbicie własnych doświadczeń.

Snując rozważania na temat relacji ciało i moralność, dostrzegłam dwa jej aspekty, którymi, pomijając problem przebaczenia, dotychczas jeszcze się nie zajmowałam. Z jednej strony zaczęłam zastanawiać się nad tym, czym właściwie jest uczucie, które człowiek dorosły ciągle jeszcze nazywa miłością do rodziców? Z drugiej strony natomiast uzmysłowiłam sobie, że ciało człowieka przez całe życie szuka pokarmu, którego tak bardzo potrzebował on jako dziecko, lecz go nie otrzymał. To właśnie, moim zdaniem, stanowi źródło cierpienia wielu ludzi.

W trzeciej części książki pokazuję na przykładzie swego rodzaju „mówiącej choroby”, jak ciało broni się przed fałszywym pokarmem. Ciało potrzebuje przede wszystkim prawdy. Jak długo prawda ta pozostaje nieznana, jak długo prawdziwe uczucia człowieka do jego rodziców są ignorowane, ciało buntuje się przeciw temu poprzez różnego rodzaju dolegliwości. Moim zamierzeniem było pokazanie tragicznego losu pacjentów z zaburzeniami łaknienia, których potrzeba bliskiego kontaktu nie została zaspokojona ani w dzieciństwie, ani podczas późniejszej terapii. Cieszyłabym się bardzo, gdyby to, co tu napisałam, pomogło choćby kilku z nich w lepszym zrozumieniu samych siebie. Poza tym w fikcyjnym „Dzienniku Anity Fink” pokazuję, co jest przyczyną braku nadziei w życiu, nie tylko życiu osób z zaburzeniami łaknienia. Źródłem poczucia beznadziejności jest właśnie niezaspokojenie przez rodziców żywotnej potrzeby dziecka, potrzeby nawiązania i podtrzymania bliskiego kontaktu. Tę potrzebę swojego wewnętrznego dziecka człowiek dorosły może zaspokoić, nawiązując autentyczny, oparty na zrozumieniu kontakt z innymi ludźmi.

Tradycja składania dzieci w ofierze stanowi trwały element większości kultur i religii, dlatego również w kulturze Zachodu jest przyjmowana i tolerowana jako rzecz zupełnie oczywista. Wprawdzie my już nie poświęcamy naszych córek i synów — jak Abraham Izaaka — na ołtarzu ofiarnym, ale niemal od chwili narodzin oczekujemy od nich, że będą nas kochać, szanować, obdarzać uwagą, że ich sukcesy wzmocnią nasze poczucie własnej wartości, krótko mówiąc, że dadzą narn wszystko to, czego nie dali nam nasi rodzice. Nazywamy to przyzwoitością i moralnością. Dziecko rzadko ma wybór. Niekiedy jego życie staje się jednym wielkim wysiłkiem, aby dać rodzicom to, czego nie ma i czego w ogóle nie zna, bo samo tego nigdy od nich nie otrzymało — prawdziwą, bezwarunkową miłość, a nie tylko jej fasadę. Nie ustaje jednak w wysiłkach, bo mimo że jest już dorosłe, nadal uważa, iż potrzebuje rodziców i na przekór wszystkim rozczarowaniom ciągle jeszcze wierzy, że w końcu doświadczy od nich czegoś dobrego.

Jeżeli człowiekowi dorosłemu nie uda się od tej postawy uwolnić, może stać się ona przekleństwem jego życia. Opiera się bowiem na pozorach, przymusie i samooszukiwaniu.

Owo silne pragnienie wielu rodziców, aby dzieci ich kochały i szanowały, ma rzekomo legitymizację w czwartym przykazaniu. W audycji telewizyjnej na ten temat, którą przypadkiem obejrzałam, brali udział duchowni różnych wyznań. Wszyscy oni zgodnym chórem twierdzili, że dzieci zawsze mają obowiązek czcić swoich rodziców, niezależnie od tego, jak oni się z nimi obchodzą czy też obchodzili. Dziecko sytuowane jest więc przez nich na pozycji zależnej. Osoby wierzące nie zdają sobie sprawy z tego, że jako ludzie dorośli mają pełne prawo tę zależną pozycję opuścić. W świetle obecnego stanu wiedzy czwarte przykazanie zawiera w sobie wewnętrzną sprzeczność. Nakaz moralny może bowiem dotyczyć jedynie naszego postępowania, a nie naszych uczuć. Nie możemy się zmusić do odczuwania tego, czego nie czujemy ani do nieodczuwania tego, co czujemy. Możemy jedynie odszczepić nasze emocje, okłamywać siebie samych i próbować oszukać nasze ciało. Jednak, jak już mówiłam, wszystkie nasze emocje zapisane są w mózgu. Można je przywołać do świadomości, świadomie je przeżyć i przemienić w uczucia, których sens i przyczyny są dla nas jasne. Uda nam się tego dokonać, jeżeli znajdziemy osobę, która będzie nam towarzyszyć w naszej historii — empatycznego, świadomego świadka.

Dziwaczny pomysł, że musimy kochać Boga, aby nas nie ukarał za nasz bunt i rozczarowanie i obdarzył swą miłosierną miłością, jest w takim samym stopniu wyrazem naszej dziecięcej zależności, jak uznanie, że Bóg podobnie jak nasi rodzice jest spragniony naszej miłości. Czyż nie jest to w gruncie rzeczy zupełnie groteskowa wizja? Najwyższa istota, która skazana jest na sztuczne, bo wymuszone przez nakazy moralne, uczucia przypomina bardzo naszych sfrustrowanych i zależnych rodziców. Tę istotę nazywać mogą Bogiem jedynie ci ludzie, którzy nigdy nie potrafili spojrzeć krytycznie na swoich rodziców i zakwestionować własnej zależności.

Alice Miller – „Bunt Ciała”

Grudzień 19, 2008 - Posted by | Inne

Sorry, the comment form is closed at this time.

%d blogerów lubi to: