Dziwny jest ten świat

… to mało powiedziane ! ;-)

Ukryta twarz – wywiad z Carlosem Castanedą

Taki tytuł nosi następna mała książeczka, jak dla mnie jest bardzo interesująca.

Postanowiłem przytoczyć pewien rozdział z owej książeczki jako ciekawostkę. Owy fragment to rozmowa między Romanem Warszewskim a Carlosem Castanedą.

strony 62-72:

Latać jak ptak, latać jak człowiek

R.W.: – Myślę, że tym ostatnim stwierdzeniem nieźle namieszałeś w głowach swoich czytelników. Ogromna większość z nich jest przekonana, że po tylu latach eksperymentowania stałeś się stuprocentowym, a właściwie dwustuprocentowym Indianinem i „brujo”.

C.C.: – „Brujo” jestem, to bardziej niż pewne. Ale jeśli „brujo” jest naprawdę dobrym „brujo”, to równie dobrze może nim być w lxtlan,jak i w Nowym Jorku. A jeśli już raz doświadczyłeś, że świat jest fenomenologiczną cebulą (bo ma tyle warstw), bycie „brujo” w Nowym Jorku czy w Los Angeles może mieć swoje zalety. Możesz swobodnie pisać książki na ten temat, tak jak ja czynię; możesz stacje w świat, niczym anioły, by ludzie uczyli się tego, czego ja z tak wielkim wewnętrznym oporem w końcu się nauczyłem. Każdy nowy „nagual” wnosi do fachu swoje cechy charakterystyczne. Mój wkład polegał na moich akademickich zainteresowaniach. Chciałem, żeby poznanie człowieka Zachodu objęło również świat szamanów. Nie mogłem na stałe pozostać na pustyni. Musiałem stanąć w szerokim rozkroku, będąc raz tu, raz tam, raz za razem umiejętnie przenosząc ciężar z jednej nogi na drugą.

R. W.:—Niezła ekwilibrystyka…

C.C.: – Owszem. Don Juana strasznie wkurzało moje zatwardziałe racjonalistyczne nastawienie do wszystkiego, co przeżywałem. Ja natomiast nieustannie próbowałem nawiązać z nim coś w rodzaju sokratejskiego dialogu. „Czyja rzeczywiście unosiłem się w powietrzu niczym ptak?” – pytałem go, gdy wydawało mi się, że wzbijam się w powietrze. On odpowiadał: „Zawsze zadajesz pytania, na które nie sposób udzielić odpowiedzi. Takie stawianie sprawy – mówił – nie ma zbyt wielkiego sensu, bo ptak unosi się w powietrzu, jak unoszą się ptaki, zaś człowiek, który palił Diabelską Trawkę, lata tak, jak latać może człowiek – po swojemu…”. Nie dawałem za wygraną: „Czyli -ja wcale naprawdę nie latałem, lecz odnosiłem tylko takie wrażenie! Unosiła się tylko moja dusza…”. On, słysząc to, tylko się śmiał. Śmiał się do rozpuku. Tak było zawsze, bez końca…

R.W.: — Pytałeś go też o orła pożerającego świadomość?

C.C.: – A jakże, l do dziś nie wiem, czym lub kim jest ów orzeł, który ma się pojawiać przed nami w momencie śmierci. Ten orzeł to -jeśli można tak powiedzieć – termin operatywny, pojęcie, które stara się opisać coś nieuchwytnego, nieznanego. Coś, czego w żaden sposób nie da się wypowiedzieć.

R.W.: – Dużo jest takich rzeczy, o których nie sposób mówić?

C.C.: – Bardzo dużo. Nasz język ma bowiem przeznaczenie czysto praktyczne. W wielu momentach języka po prostu nie wystarcza, tak samo jak nie wystarcza wąsko pojętej racjonalności. Tak racjonalność, jak i język potoczny skrojone są na całkiem inną miarę i przeznaczone są do „obsługi” innych rejonów rzeczywistości. Część realiów pozostaje poza polem ich percepcji, co dla wielu jest równoznaczne z tym, iż one nie istnieją. A to oczywiście nie jest prawdą. Jest wierutnym kłamstwem.

R.W.: – Ogień wewnętrzny też jest pojęciem operatywnym – terminem, który używamy, gdy nie wiemy, co napisać lub powiedzieć.

C.C.: – Nie, to całkiem inna para kaloszy. Ogień wewnętrzny jest pojęciem jak najbardziej realnym. Spalenie się w wewnętrznym ogniu jest alternatywą śmierci fizycznej. Nie jest li tylko przenośnią; jest rzeczywistym faktem, jakkolwiek trudnym dla nas do pojęcia. Don Juan wyjaśniał pojęcie ognia wewnętrznego jako skutek pewnego rodzaju specyficznego napięcia wytworzonego przez wstąpienie na Drogę Wojownika. Owo napięcie miało w pewnym momencie powodować energetyczną eksplozję transformującą każdą komórkę żyjącego bytu w świadomość – w czystą energię. Don Juan nazywał to stanem „totalnej wolności”, ponieważ – według niego – miał on umożliwiać taki rodzaj percepcji otaczającego nas wszechświata, który jest wolny od wszelkiej interpretacji i skażenia socjalizacją.

R.W.: – Energia w praktykach duchowych jest ważna?

C.C.: – Energia jest kwestią absolutnie podstawową. Zasadniczo są dwa rodzaje energii. Istnieją osoby, które przychodzą na świat, posiadając więcej energii niż inni, lecz znajduje to u nich odzwierciedlenie tylko w sprawach dnia powszedniego. Ten rodzaj energii jest zupełnie nieprzydatny do wejścia w świat magii. Wchodzą do niego jedynie ci, którzy zdołają zgromadzić w sobie całkiem inny rodzaj energii – energię numer dwa. Tę, która jest produktem żelaznej dyscypliny i determinacji.

R.W.:—2 tego, co powiedziałeś przed chwilą, wynika, że jednak jest możliwa percepcja poza opisem i interpretacją! Może istnieć „całkiem nagi człowiek”!

C.C.: – Tak uważał Don Juan. Moja racjonalność zawsze bardzo się przeciwko temu burzyła i buntowała! Buntuje się do dziś!

R.W.: — Niewiele Ci to pomogło. Mimo tak mocnego racjonalistycznego uporu i tak zostałeś wylany z uczelni i z hukiem pozbawiono Cię naukowych tytułów… Ponoć doszło do tego po tym, jak wyszło na jaw, że nie ma jednego Donjuana, lecz że na tę postać składa się kilku różnych „naguali”*…

________

* „Nagualami”, będącymi pierwowzorami Donjuana Matusa, byli: Melchior Yaoquizque, John Michael Abelar i Mariano Aureliano.

C.C.: – To, ilu było Don Juanów akurat nie miało tu żadnego znaczenia; to był tylko pretekst. Wysadzono mnie z siodła tylko i wyłącznie dlatego, że obawiano się, iż będę deprawował młodzież, która akurat w tym czasie zaczęła gustować w prochach bardziej niż ja w halucynogennych grzybkach, a ponadto poszło o to, że wszem i wobec opowiadałem, iż sfera duchowa naprawdę istnieje i że nie jest ona żadną fikcją.

Tego na dłuższą metę nie zdzierży żadna akademia!

R.W.: – To jeszcze jeden dowód na to, że ktoś, kto aż tak bardzo oddala się od na co dzień uczęszczanych ścieżek, musi być bardzo samotny…

C.C.:-To prawda. Niepowszedniość jest prawie bezludnym krajem. Właśnie dlatego Don Juan zawsze żył w samotności, która była tak wielka i tak głęboka, że miała w sobie coś przerażającego. Na ich własne szczęście – nosicielom krawatów, garniturków (rzecz jasna, w bezbłędnie dobranych kolorach), coporannym przycinaczom pejsów oraz popijaczom coca-coli do tej odmiany samotności nigdy nie uda się znaleźć dostępu. Jemu zaś – Don Juanowi Matusowi z Sonory – w ustawicznym z nią obcowaniu powiodła się sztuka nie lada – uczynił z niej niepowtarzalne arcydzieło.

R.W.: — Dużo miejsca poświęcasz temu w trzecim tomie „Rozmów z Don Juanem”—w „Podróży do Ixtlan”. Tam także właściwie niweczysz to, co mówiłeś w dwóch poprzednich książkach: nagle stwierdzasz, że stosowanie roślin halucynogennych i odwarów z nich nie jest już główną metodą, którą Don Juan próbuje wyzyskać, aby wprowadzić Cię w arkana szamańskich praktyk.

Jaką rolę miały zatem do spełnienia środki odurzające? Czyżby były tylko nie do końca konieczną dekoracją?

C.C.: – Mógłbym tu powtórzyć to, co już mówiłem na temat LSD. Don Juan stosował rośliny psychotropowe tylko w pierwszym okresie mojego terminowania u niego; byłem wtedy jeszcze zbyt surowy, zanadto zapatrzony w to, co wydawało mi się sprawdzone i niepodlegające żadnej dyskusji. Byłem bardzo trudnym uczniem – chwytałem się mojej racjonalnej europejskości i szkolno-ławkowego opisu świata chyba nie mniej zajadle niż tonący chwyta się brzytwy. Halucynogenne zioła były taranem, który w zwartym murze „gloss” wybić miał przerębel (nie przypadkiem pada tu tak mroźne określenie!). Obwarowany za tak wyszczerbioną ścianą przestałem czuć się tak niezawodnie i bezpiecznie jak dotąd: zaczęły się niesamowite duchowe przeciągi, zewsząd wiało i wiało. Ale o to przecież chodziło! Lecz ja płaciłem za to straszliwą cenę! Gdy spoiwo każące mojemu światu tworzyć panoptyczną całość coraz bardziej ulegało rozpuszczeniu, ciało moje było tak osłabione i pozbawione wewnętrznego drutu, że potrzebowałem długich miesięcy snu i wypoczynku, by znów móc zafunkcjonować na nieco wyższym poziomie, niż podtrzymywanie najprostszych czynności wegetatywnych. Dopiero wtedy pojąłem, że prawdą może być powiedzenie, że „na tamtą stronę interpretacji” tylko nieliczni docierają żywi!

R.W.: — Czy Don Juan, by móc „zatrzymywać świat”, zażywał środki psychotropowe regularnie?

C.C.: – Nie. Don Juan mógł „zatrzymywać świat”, gdy tylko tego zechciał, nie potrzebował żadnych protez ani podpórek. Wtedy, w pierwszej fazie nauki, mówił mi, że próby bez wywarów z roślin na nic by się zdały, lecz – gdy zacznę się zachowywać jak prawdziwy Myśliwy i Wojownik i z głębi siebie samego zechcę przejąć odpowiedzialność za swe życie – wtedy nie będę już ich potrzebował.

R.W.: -I tak też się stało?

C.C.: – Dokładnie jak przewidywał.

R.W.:—To co mówisz znów będzie ogromnym szokiem dla tych, którzy deklarują, że wysiadają i że przynależą tylko i wyłącznie do Ciebie, a czynią tak przede wszystkim ze względu na kwasy i prochy, które propagujesz.

C.C.: – Wiem, że mam zwolenników, wiem również, że jest ich coraz więcej. Ostatnio nawet w prasie ktoś użył określenia „zastępy”. Lecz ich wyobrażenia na mój temat często graniczą z paranoją! Nie tak dawno, gdy przybyłem do Long Beach, na California State University, gdzie podobnie jak tu odbył się cykl moich wykładów, jakiś chłopak, pokazując mnie palcem, zawołał: „Patrz, to Castaneda!”. A dziewczyna, którą trzymał za rękę, nie chciała uwierzyć i zaprotestowała: „Coś ty, ten, tak mało mistyczny?”. Potwierdza to jeden z moich przyjaciół, który z wielkim upodobaniem i znawstwem kolekcjonuje wszystkie niemożliwości, które z ust do ust krążą na mój temat: i tak konsens grupowy orzekł na przykład, że Castaneda jest święty, bo ma „mistyczne stopy”…

R.W.: — Mistyczne stopy?

C.C.: – Tak, że chodzi boso na podobieństwo Chrystusa, a skóra na jego stopach ma tak zadziwiające własności, że nie rogowacieje! Mówią, że nie ma dnia, bym nie był na haju, nadto fama głosi, że próbowałem popełnić samobójstwo (trzy razy!) i że kilkakrotnie w kilku miejscach umierałem, by zaraz potem całkiem gdzie indziej zmartwychwstać. Lecz i tego mało: bo gdy w czasie wykładów padają takie słowa, jak „socjalizacja” i „badania percepcji”, bractwo zrywa boki, myśląc, że to niechybnie jakiś nowy mój kawał.

Przychodzą, bo chcą usłyszeć hasła: ZAWSZE TYLKO NA LUZIE i SKOCZMY RAZEM NA WYCIECZKĘ DO NIEBA. Chcą za wszelką cenę tylko czuć, a ja czując chciałbym nadal rozumieć.

Opowiem ci przezabawną historyjkę: Jeździłem po północnym Meksyku, po okolicy, gdzie nikt mnie osobiście nie znał. W jednym miasteczku dowiedziałem się, że wszystkich czeka tam nie lada atrakcja, bo właśnie ma się rozpocząć spotkanie ze… słynnym amerykańskim pisarzem – Carlosem Castaneda. Zdziwiłem się. Zacząłem sobie usilnie przypominać, czy aby czegoś nie przegapiłem – czy może rzeczywiście tego dnia miałem tam wystąpić. Czym prędzej zadzwoniłem do mojego wydawcy w Los Angeles, tam jednak też nic nie wiedziano na ten temat. Z tym większym zainteresowaniem poszedłem w kierunku, który mi wskazano. A tam, w najlepszym hotelu miasteczka, w lobby za stołem siedział wypomadowany, pięknie zaczesany do tyłu „Carlos Castaneda”, od kwadransa oczarowujący swą elokwencją i dogłębnością doświadczeń zebranych u boku Don Juana!

Uwierz! On był doskonały! Tak świetnie wcielił się w rolę, iż nie zdradziłem, kim jestem, i do końca spotkania pozostałem incognito. Myślę, że tak naprawdę ON BYŁ LEPSZYM CARLOSEM CASTANEDĄ ODE MNIE SAMEGO!

z książki „Ukryta twarz” – Roman Warszewski

Grudzień 9, 2008 - Posted by | Człowiek

Sorry, the comment form is closed at this time.

%d blogerów lubi to: