Dziwny jest ten świat

… to mało powiedziane ! ;-)

Książka „Toksyczne związki”

Opis oraz fragmenty.

Z tyłu książki:

Współuzależnienie to skłonność do związków, w których miłość mylona jest z posiadaniem, przywiązanie zamienia się w zależność, odpowiedzialność miesza się z poczuciem winy, troska przesiąknięta jest lękiem, a seks łączy się z nadużyciem lub nie dochodzi do głosu. Zrozumienie istoty współuzależnienia to klucz do uzdrowienia toksycznych relacji między rodzicami i dziećmi lub pełnych napięcia i cierpienia związków małżeńskich, problemów z autorytetami, skłonności do konfliktów w pracy.

Droga do uwolnienia się z tego chorobliwego stanu prowadzi od wglądu w destrukcyjne doświadczenia z dzieciństwa, przez oczyszczanie się z toksycznych uczuć, aż po uczenie się budowania własnej tożsamości, zdrowych granic i partnerskich relacji ze światem. Esencją tej pracy jest zaopiekowanie się cudownym, ale zranionym, „dzieckiem w sobie”. Pia Mellody uczy nas, jak stać się dorosłą i otwartą na miłość osobą.

Pia Mellody – wybitna psychoterapeutka amerykańska, autorka bestsellerów, m. in. „Toksyczna miłość, I jak się z niej wyzwolić”.

Przedmowa:

Niektóre osoby przeżywają tak silnie pewne normalne ludzkie uczucia, takie jak wstyd, lęk, ból i gniew, że prawie nigdy nie opuszcza ich niepokój, że „coś z nimi jest nie tak”. Uważają one często, że powinny uszczęśliwiać ludzi wokół siebie, a kiedy okazuje się, że nie jest to możliwe, czują się w jakiś sposób upośledzone i mniej wartościowe od innych.

Tacy ludzie często angażują się przesadnie we wszystkie codzienne wydarzenia, przeżywając je o wiele silniej i głębiej, niżby tego wymagały konkretne sytuacje. Kiedy dzieje się coś, co normalnie budzi w ludziach zwykły lęk, ich ogarnia panika lub atak chorobliwej trwogi. Takie ataki mogą zresztą zdarzać im się „bez powodu”. To normalne, że życiu towarzyszy nieraz ból, ale kiedy ich to spotyka, popadają w czarną rozpacz, nie widzą już żadnej nadziei, a czasem zaczynają wręcz myśleć o samobójstwie lub na serio do niego się zabierać. W sytuacji, która normalnie prowokuje ludzi do autentycznego gniewu, oni wybuchają nieposkromioną wściekłością. A owym wstrząsającym przeżyciom emocjonalnym towarzyszy często myśl: „Dlaczego on traktuje mnie w ten sposób? Czy nie wie, jakie to dla mnie bolesne?”. Nie są jednak w stanie zapanować nad owymi emocjonalnymi wybuchami i w rezultacie odczuwają pogłębiający się znacznie niepokój i zagubienie.

Takie intensywne reakcje emocjonalne często zdarzają się w sytuacjach, których dramatyzm jest naprawdę znikomy. Może to być, na przykład, brak zgody między współmałżonkami co do tego, jaki obejrzeć film lub gdzie jechać na urlop. Głęboką rozpacz lub gwałtowną wściekłość może wyzwolić odmowna odpowiedź na podanie o pracę, żal z powodu przeniesienia się przyjaciela do innego miasta lub złość na kota sąsiadów, który narobił nam na wycieraczkę. Każde z tych przeżyć może spowodować emocjonalne reakcje, które są bardzo dalekie od umiarkowanych, a mogą przybierać różną postać: od gwałtownych wybuchów uczuć po jadowitą słodycz i manifestacyjną obojętność zewnętrzną. Oba rodzaje tych wyraźnie niekontrolowanych reakcji zmieniają życie takich osób i ich stosunki z otoczeniem w jedno pasmo wyjątkowej udręki.

Dysponujemy już dobrze udokumentowanym materiałem, wykazującym, że fizyczne napięcie, towarzyszące ustawicznym wybuchom takich emocji lub ich dławieniu w sobie, może przyczyniać się do groźnych schorzeń fizycznych, takich jak nadciśnienie, choroby serca, artretyzm, migrena, czy nawet rak. Ten emocjonalny czynnik współuzależnienia może więc podkopywać nie tylko nasze stosunki z innymi ludźmi, ale i nasze zdrowie.

A jednak tacy ludzie zachowują się tak, jakby wierzyli, że tylko przez osiągniecie „doskonałości” we wszystkim, co robią, albo przez zadowolenie wszystkich otaczających ich ludzi mogą uśmierzyć owe wybujałe, niekontrolowane i irracjonalne uczucia. Żyją w złudzeniu, że mogą uwolnić się od cierpienia, jeśli po prostu „poprawią się” lub zyskają aprobatę ludzi, których uważają za szczególnie ważnych w swoim życiu. W ten sposób nieświadomie obarczają tych ludzi odpowiedzialnością za swoje szczęście. Kiedy ci, których pragną zadowolić, „nie doceniają tego, co dla nich robię” i nie okazują wyraźnej aprobaty, zniewolone przez swoje własne emocje osoby wpadają w prawdziwą wściekłość. Skoro jednak dobra opinia takiego dostarczyciela aprobaty jest dla nich aż tak ważna, muszą stłumić ową wściekłość. W rezultacie, choć nie okazują złości bezpośrednio, przesącza się ona na zewnątrz w postaci sarkazmu, ironicznej wyrozumiałości, złośliwych żartów lub innych różnych zachowań zaczepno-obronnych.

Często tacy ludzie wydają się osobami wyrozumiałymi i chętnymi do pomocy. Wystarczy jednak dobrze im się przyjrzeć, aby dostrzec w nich potężną potrzebę sprawowania kontroli nad bliskimi i poddawania ich takiej manipulacji, aby dostarczali im nieustannej aprobaty, bez której – jak są przekonani – nie mogą opanować dręczących ich emocji. Lecz te wszystkie wysiłki na dłuższą metę są bezużyteczne, ponieważ nikt nie może uwolnić ich od sposobu, w jaki przeżywają swe uczucia. Mogą więc dojść do wniosku, że nie ma dla nich ratunku.

Z drugiej strony, niektórzy ludzie o bardzo podobnej przeszłości doświadczają czegoś zupełnie przeciwnego. Normalne ludzkie emocje są w nich tak pomniejszone, że właściwie w ogóle nie doznają uczuć – nie wiedzą co to strach, ból, wstyd, a także co to radość, rozkosz, zadowolenie. Dryfują przez życie jak odrętwiali, od jednego dnia do następnego.

Psychoterapeuci zwrócili uwagę na te dwie grupy objawów przy okazji obserwowania i leczenia rodzin alkoholików i innych osób uzależnionych od środków chemicznych.

Członkowie takich rodzin są zwykle dręczeni gwałtownymi uczuciami wstydu, lęku, złości i bólu, pojawiającymi się w ich stosunkach z alkoholikiem lub narkomanem, wokół którego ogniskuje się całe życie rodziny. Często jednak nie są w stanie wyrazić tych uczuć w zdrowy sposób, na skutek wewnętrznego przymusu, który każe im troszczyć się o taką uzależnioną osobę i robić wszystko, byle tylko ją zadowolić.

Na pozór celem tych wysiłków jest wyciągnięcie alkoholika lub narkomana ze szponów nałogu. W stosunkach między alkoholikiem a jego rodziną zaobserwowano jednak aspekty irracjonalne. Jednym z nich jest powszechnie obserwowany fakt, że większość członków rodziny żywi złudną nadzieję, iż jeśli tylko uda im się osiągnąć doskonałość w ich „odnoszeniu się” i „pomaganiu” alkoholikowi, porzuci on swój nałóg, a oni, członkowie rodziny, zostaną uwolnieni od straszliwego wstydu, bólu, strachu i gniewu.

Niestety, ta strategia nigdy nie jest skuteczna. Nawet wówczas, gdy alkoholikowi udaje się zerwać z nałogiem, jego rodzina często pozostaje chora i w końcu wydaje się przeklinać jego abstynencję, a czasem nawet ją sabotuje. Bywa tak, jakby uzależnienie alkoholika było członkom rodziny potrzebne, aby mogli utrzymywać swoją zależność od niego w podsycaniu nadziei na zrozumienie gwałtownych uczuć, które ich dręczą.

W pewien sposób alkoholik pośrednio lub bezpośrednio wykorzystuje i poniża członków swej rodziny poprzez swoje egocentryczne zachowania. Osoba uzależniona od środków chemicznych potrafi tak wykorzystywać resztę członków rodziny fizycznie, seksualnie i emocjonalnie, że każdy normalny człowiek nie wytrzymałby tego i dawno ją porzucił. Na tym jednak polega drugi irracjonalny aspekt stosunku członków rodziny do uzależnionej osoby: nie porzucają jej i wydają się być złączeni z nią na śmierć i życie jakąś wspólną chorobą.

Owa wytrwałość, z jaką członkowie rodziny pozostają w związku z alkoholikiem pomimo szkodliwych konsekwencji tego związku (nadużycie), odnajduje swoją analogię w uporze, z jakim alkoholik pije, chociaż zdaje sobie sprawę ze szkodliwych konsekwencji picia. Staje się oczywiste, że tak jak alkoholik uzależnił się od alkoholu w złudnej nadziei, że picie pomoże mu zapanować nad dręczącymi uczuciami towarzyszącymi jego chorobie, tak i rodzina alkoholika uzależnia się od niego w podobnie nałogowy sposób. Innymi słowy, alkoholik i osoba współuzależniona próbują uwolnić się od identycznych podstawowych objawów takiej samej choroby: nałogowiec za pomocą alkoholu, a osoba współuzależniona za pomocą nałogowego związku.

To współuzależnienie, łączące członków rodziny z alkoholikiem lub narkomanem, doprowadziło psychoterapeutów do wniosku, że mają tu do czynienia z bolesną i powodującą kalectwo chorobą – chorobą, jaką następnie rozpoznali również w niezliczonych rodzinach w całej Ameryce, których żaden członek nie był osobą uzależnioną od środków chemicznych.

Sądzimy, że ci biedni, cierpiący ludzie znaleźli się w szponach poważnej choroby zwanej współuzależnieniem. Niestety, niewielu z nich wie cokolwiek o leczeniu się z owych okaleczeń, których objawy opisaliśmy wcześniej. Ludzie cierpiący na współuzależnienie często pogrążają się w rozpaczy i w końcu umierają, nie mogąc znieść jego skutków. Świadectwa zgonu nigdy nie wymieniają tej choroby. Zamiast niej mówi się o beznadziejności, o samobójstwach, o „wypadkach” oraz problemach sercowo-naczyniowych i o złośliwych nowotworach, które – jak wykazują badania -związane są z apatią, samozaniedbaniem, stresem, a także tłumionym gniewem i towarzyszącą mu depresją.

Jest to choroba zadziwiająco trudna do rozpoznania, ponieważ cierpiący na nią ludzie kryją się pod maską konwencjonalnych zachowań i odnoszonych sukcesów, aby zdobyć to, co jest dla nich najważniejsze: uznanie. Lecz ci nieszczęśni niewolnicy potężnych, pozornie bezpodstawnych, przymusowych uczuć są skazani na kierat bezustannych osobistych niepowodzeń i dręczących doznań wstydu, bólu, lęku i tłumionego gniewu.

W rozpaczliwych usiłowaniach uwolnienia się od tych przytłaczających uczuć wielu współuzależnionych sięga po środki chemiczne, szukając w nich ulgi. Są wyjątkowo podatni na to, by stać się alkoholikami lub innego rodzaju nałogowcami. Uważamy, że współuzależnienie leży u podstaw takich nałogów i dostarcza im paliwa. Kiedy alkoholik lub osoba uzależniona od czegokolwiek innego wyrzeka się jakiegoś nałogowego zachowania lub środka chemicznego, na swej drodze do wyleczenia będzie musiała stanąć twarzą w twarz z licznymi konsekwencjami oraz objawami współuzależnienia.

W ciągu ostatnich ośmiu lat Pia Mellody prowadziła terapię osób współuzależnionych w The Meadows, ośrodku leczenia z uzależnień w Wickenburgu, w stanie Arizona. Osobiście doprowadziła setki ludzi, doświadczających męczarni współuzależnienia, do zdrowia i integracji osobowości. Celem tej książki nie jest ukazanie szczegółowej historii rozwoju koncepcji współuzależnienia lub też argumentów przemawiających za uznaniem go za autentyczną chorobę.

Jej celem jest opisanie tej choroby tak, jak ją widziała Pia Mellody – od wewnątrz, w kolejach życia setek jej pacjentów, a także w swym własnym życiu. Chociaż wszyscy troje przyczyniliśmy się do napisania tej książki, Pia Mellody używa w niej pierwszej osoby liczby pojedynczej przy opisie choroby i drogi prowadzącej do uleczenia.

Terapeutyczne koncepcje, metody i eklektyczne podejście zostały tu wyrażone za pomocą języka zrodzonego z doświadczeń Pii Mellody w jej walce z chorobą, a nie z teoretycznych dywagacji. Nie jest to zresztą w ogóle próba opisania lub obrony jakiejś teoretycznej konstrukcji. Autorzy tej książki pragnęli raczej:

  1. opisać strukturę choroby współuzależnienia w terminologii zgodnej ze sposobem, w jaki pojawia się ona i działa w codziennym życiu i stosunkach między ludźmi,

  2. wskazać na praktyczny model terapii, która naprawdę doprowadza do zdrowia ludzi dręczonych objawami tej choroby. Dla tych, którzy zainteresują się historią i rozwojem pojęcia współuzależnienia w literaturze psychologicznej, zamieściliśmy krótki dodatek na końcu książki.

Wiele koncepcji zawartych w tej książce, jak na przykład powiązanie współuzależnienia z przeżyciem nadużycia w dzieciństwie lub opis zewnętrznych i wewnętrznych granic, zostało sformułowanych przez Pię Mellody wiele lat temu. Fakt, że niektóre z tych idei zaczęły być powszechnie znane i wykorzystywane przez psychoterapeutów i osoby współuzależnione dzięki jej odczytom i serii kaset magnetofonowych (Permission to be Precious) jest hołdem złożonym jej intuicji. Cieszymy się, że możemy z Pia współpracować w przedstawieniu jej i naszych poglądów na współuzależnienie w uporządkowanej formie pisemnej.

Mamy nadzieję, że po przeczytaniu tych stronic cierpiący na tę chorobę będą mogli zmierzyć się z nią i wejść na drogę ozdrowienia, ponieważ już samo zdobycie się na odwagę, by stanąć twarzą w twarz ze współuzależnieniem, i wyjście poza to uparte zaprzeczanie temu, że jesteśmy chorzy, doprowadziło na próg nadziei i ozdrowienia każdego z nas.

Andrea Wells Miller
J. Keith Miller

Podziękowania:

Pragnę wyrazić wdzięczność i uznanie mojemu mężowi, Patowi, który ma swój ważny udział w rozwoju koncepcji opisanych w tej książce. Koncepcja granic narodziła się z naszych dyskusji na temat idei samoobrony, jakie przekazała mu jego matka. Ważnym czynnikiem, który pomógł mi zrozumieć wiele rzeczy, był również stosunek Pata do mojej własnej choroby. Jako dyrektor ośrodka The Meadows, Pat umożliwił mi rozpoczęcie pracy nad rozwinięciem przedstawionych tu koncepcji przez rozmowy z innymi osobami współuzależnionymi podczas terapii i wykładów.

Chciałabym też podziękować setkom moich towarzyszy we współuzależnieniu, którzy podzielili się ze mną historiami swoich chorób i którzy uczestniczyli w rozwoju tych koncepcji, mówiąc mi o swoich bolesnych wzlotach i upadkach. Ich współpraca, zachęta i oznaki wyleczenia dostarczały mi motywacji i inspiracji w mojej własnej drodze do wyzwolenia się z choroby.

Ze współuzależnienia nie można się wyleczyć w samotności. W tych mrocznych chwilach, kiedy czuję się odcięta od pomocy innych istot ludzkich, jestem głęboko świadoma wspierającej obecności Najwyższej Mocy, bez której z pewnością byłabym zgubiona.

Pia Mellody

Gratisowo dla zachęty, rozdział pierwszy

Część pierwsza
Symptomy współuzależnienia

Rozdział 1
Twarzą w twarz ze współuzależnieniem

Coraz więcej ludzi rozpoznaje własne problemy w opisanych poniżej symptomach. Pragną się zmienić, pragną wyzbyć się swego upośledzenia, pragną uwolnić się od bolesnego dziedzictwa, jakim było ich dzieciństwo w prawdziwie dysfunkcjonalnej rodzinie.

Jeśli jesteś taką osobą, chcę ci przede wszystkim dać duży ładunek nadziei. Pierwszy krok prowadzący do przemiany i wyzbycia tego upośledzenia polega na tym, że musisz stanąć twarzą w twarz z faktem, że naprawdę jesteś chory. Jednym z celów tej książki jest opisanie objawów tej choroby i wyjaśnienie, skąd się one wzięły i jak z ukrycia niszczą naszą egzystencję, tak abyś mógł sam rozpoznać współuzależnienie panoszące się w twoim życiu.

Ta choroba i jej związek z nadużyciami doznanymi w dzieciństwie to temat bardzo złożony. Z powodu urazów z dzieciństwa osoba współuzależniona nie potrafi stać się człowiekiem dojrzałym, zdolnym żyć pełnią życia i nadawać swemu życiu sens. Współuzależnienie odbija się w dwu kluczowych obszarach życia osoby nim dotkniętej: w jej stosunkach z sobą samą i w stosunkach z innymi. Uważam, że stosunek do samego siebie jest najważniejszy, ponieważ kiedy człowiek ma szacunek do samego siebie i docenia swoją wartość, jego stosunki z innymi ludźmi automatycznie stają się mniej dysfunkcjonalne, a bardziej pozytywne i nacechowane szacunkiem.

W ostatnich latach wiele pisano o współuzależnieniu oraz jego objawach i cechach charakterystycznych. Z mojego doświadczenia wynika, że rdzeń choroby tworzy pięć objawów. Bliższe zapoznanie się z nimi ułatwia zrozumienie mechanizmu choroby.

Osoby współuzależnione mają trudności z:

  1. odczuwaniem własnej wartości;

  2. wytyczaniem funkcjonalnych granic;

  3. doświadczaniem i wyrażaniem swojej rzeczywistości;

  4. zaspokajaniem swoich dorosłych potrzeb i pragnień;

  5. doświadczaniem i wyrażaniem swojej rzeczywistości w sposób umiarkowany.

Skąd się ta choroba bierze

Doszłam do przekonania, że dzieci z domów, w których panowały dysfunkcjonalne, mniej-niż-opiekuńcze, sprzyjające nadużyciom układy rodzinne, stają się osobami współuzależnionymi w wieku dorosłym. Panujące od dawna w naszej kulturze przekonanie, że pewien sposób wychowywania dzieci można nazwać „normalnym”, walnie się przyczynia do trudności w rozpoznaniu współuzależnienia. Bliższe przyjrzenie się „normalnym” metodom rodzicielskim ujawnia w nich pewne praktyki, które w rzeczywistości osłabiają wzrost i rozwój dziecka i prowadzą do współuzależnienia. To, co nazywamy „normalnym” wychowaniem, często jest niezdrowe dla dziecka – a nawet przeciwnie, jest to wychowanie mniej-niż -opiekuńcze lub poniżające.

Wielu ludzi uważa, na przykład, że w ramach normalnego wychowania mieści się bicie dziecka pasem, wymierzanie mu policzków, wrzeszczenie na nie, obrzucanie go wyzwiskami, spanie z dzieckiem lub całkowite obnażanie się przed dzieckiem płci przeciwnej, które ma ponad trzy – cztery lata. Wielu ludzi uważa za całkiem normalne żądanie od małych dzieci, by same odkryły, jak sobie radzić w różnych życiowych sytuacjach i jak rozwiązywać trudne problemy życiowe, zamiast dostarczyć im zestawu konkretnych prawideł zachowania i pewnych podstawowych technik rozwiązywania trudnych problemów. Niektórzy rodzice zaniedbują także nauczenia dzieci podstawowych zasad higieny, takich jak mycie się, używanie dezodorantów, dbanie o zęby, usuwanie brudu, plam i zapachu ciała z ubrań czy ich łatanie i cerowanie, oczekując od dzieci, że w jakiś sposób samodzielnie się tego nauczą.

Niektórzy rodzice sądzą, że jeśli dzieciom nie wpoi się pewnych sztywnych zasad i nie karze surowo za każde ich złamanie, to wyrosną na młodocianych przestępców, narkomanów lub nieletnie samotne matki. Niektórzy rodzice, kiedy popełnią błąd – na przykład ukarzą dziecko niesłusznie, ponieważ w momencie karania nie znają wszystkich faktów i okoliczności – nigdy nie przeproszą dziecka za ten błąd. Tacy rodzice uważają, że usprawiedliwianie się przed dzieckiem jest okazywaniem „słabości” – może obniżyć ich rodzicielski autorytet.

Niektórzy rodzice wierzą – czasem może nawet sobie tego nie uświadamiając – że to, co dzieci myślą i czują, jest niewiele warte, bo przecież dzieci są niedojrzałe i trzeba je wychowywać za pomocą czegoś w rodzaju tresury. Tacy rodzice reagują na myśli i uczucia swoich dzieci powiedzeniami typu: „Nie powinieneś tego tak odczuwać” lub „Nie obchodzi mnie, że nie chcesz iść do łóżka – pójdziesz, bo to jest dla ciebie dobre!”, i są święcie przekonani, że wychowują dzieci w bardzo funkcjonalny sposób.

Jeszcze inni rodzice popadają w drugą skrajność i przejawiają nadopiekuńczość, ukrywając w ten sposób przed dziećmi poniżający i dysfunkcjonalny charakter ich własnych zachowań. Tacy rodzice bardzo często są z dziećmi w przesadnie zażyłych stosunkach, czyniąc z nich swoich powierników i dzieląc się z nimi intymnymi sekretami, których charakter wykracza poza poziom dziecięcego rozumienia.

Wielu z nas wychowywało się w domach, gdzie ten rodzaj zachowań uznawany był za coś zupełnie normalnego i właściwego. Nasi opiekunowie nakłaniali nas do uwierzenia, że jeśli mamy jakieś problemy, to tylko dlatego, że my sami nie zareagowaliśmy odpowiednio na to, co się nam przydarzyło. Wielu z nas wkroczyło w okres dojrzałości z zafałszowanym obrazem tego, co działo się w naszych domach rodzinnych. Byliśmy przekonani, że sposób, w jaki odnoszono się do nas w rodzinie, był poprawny, a naszym opiekunom niczego nie można zarzucić. Nie w pełni świadomie zakładamy, że skoro wcale nie byliśmy szczęśliwi lub zadowoleni z pewnych rzeczy, które tam się działy, to widocznie z nami było coś nie w porządku. W każdym razie wydaje się nam oczywiste, że nie mogliśmy zadowolić naszych rodziców, zachowując się w sposób, który dla nas był naturalny. Właśnie to złudzenie, że nadużycie było czymś normalnym, a my sami byliśmy „nie w porządku”, zamyka nas w potwornym potrzasku choroby współuzależnienia.

Spojrzeć prawdzie w oczy

Aby wejść na drogę prowadzącą ku ozdrowieniu, każdy z nas musi przyjrzeć się pięciu symptomom współuzależnienia i ich niekontrolowanemu wpływowi na nasze życie, a następnie rozpocząć odtwarzanie swej własnej historii choroby. Sami musimy dojść do tego, jak to się stało. Opanowanie procesu dostrzegania i identyfikowania tych problemów wydaje się jedynym sposobem, w jaki osoby współuzależnione mogą zacząć zmieniać swój sposób myślenia, uczucia i zachowania, które skrycie niszczą ich życie.

Rozpoznając objawy współuzależnienia w swoim własnym życiu, większość ludzi przechodzi przez okres zagubienia i bolesnego rozczarowania. Ta bardzo przykra część procesu ozdrowienia nie trwa wiecznie, musimy jednak przez nią przejść, aby odnaleźć spokój i pogodę ducha w zdrowszym życiu. Musimy przestać odrzucać od siebie myśl, że jesteśmy współuzależnieni, i wziąć na siebie odpowiedzialność za zmierzenie się z chorobą, która nas rujnuje. Po jakimś czasie samo przyznanie się do współuzależnienia i konieczność stawienia mu czoła przestaną nas przytłaczać i wprowadzać w zakłopotanie, ponieważ przejdziemy do etapu aktywnej pracy nad wyzwoleniem się z niszczycielskich skutków naszego dzieciństwa i z oków współuzależnienia w życiu dorosłym.

W następnym rozdziale przyjrzymy się, skąd wywodzi się każdy z pięciu rdzennych symptomów współuzależnienia i jak się przejawia jego niszczycielskie działanie w życiu współuzależnionej osoby dorosłej.

„Toksyczne związki” – Pia Mellody

Ta mała książeczka przyczyniła się do „czegoś”. To coś to zrozumienie, a to jest bardzo ważne w swoim rozwoju i swoim poznawaniu siebie. Gdzieś już pod koniec książki kiedy przypominałem sobie fragmenty z mojego dzieciństwa poczułem smutek a później zdenerwowanie – wkurzenie. Chodziło o moje dzieciństwa i oto co zrobili mi rodzice. Teraz wiem że to normalne zdrowe reakcje. Całe szczęście miałem całą nocą, czyli cenny  czas kiedy emocje opadną i można w miarę racjonalnie myśleć. Wtedy zrozumiałem że oni działali i działają nadal według pewnych schematów, oni nie wiedzą, skoro nie wiedzą nie zauważają, nie wiedzą. Muszę się zastanowić nad tym czy bym chciał im pokazać pewne sprawy, a jeśli tak to jak to zrobić. Oczywiście chodzi o błędy które popełniają wychowując, akurat mam młodszą siostrę, i to by było jak znalazł. Ale sprawa nie jest łatwa, jest trudna. Przynajmniej ja tak to widzę.

Jest to mała niedroga książeczka, ma 296 stron a ja ją łyknąłem jak dla mnie bardzo szybko. Kiedyś, kiedy chodziłem do szkoły i miałem czytać lektury to w zasadzie nie czytałem żadnej książki. Tak naprawdę w czasie całej mojej szkoły przeczytałem jedną obowiązkową lekturę ;) Pamiętam że zaciekawiło mnie, bo działa się jakaś akcja, no to czytałem dalej i przeczytałem do końca. Ta książka była bezwartościowa, ciesze się że więcej tego szmelcu nie czytałem.

Dzisiaj mam konkretne sprecyzowane zainteresowania, i w tym kierunku podążam, szukam książek i przeglądam opis, później porównuje już z tym co wiem, chyba dochodzi do tego jeszcze jakiś „głosik”, po czym decyduje się na zakup książki. W ten sposób wiele interesujących i mi pomocnych książek odkryłem. Gdyby nie to stał bym w miejscu z moim rozwojem. Jeśli ktoś ma ochotę i zainteresowała go powyższa książka może ją jak najbardziej sobie załatwić ;)

Aha, dziękuje osobie która wspomniała o tej książce, gdyby nie to, być może, nigdy bym się nią nie zainteresował i kto wie co jeszcze.

Grudzień 9, 2008 - Posted by | Człowiek

1 komentarz

  1. […] Więcej o książce w tym poście: https://motyl.wordpress.com/2008/12/09/ksiazka-toksyczne-zwiazki/ […]

    Pingback - autor: Zaburzenie osobowości zależnej « Dziwny jest ten świat | Styczeń 15, 2009


Sorry, the comment form is closed at this time.

%d bloggers like this: