Dziwny jest ten świat

… to mało powiedziane ! ;-)

Jak niszczy się Polskę

Jeden z przykładów:

Bez łapówek szpital przetrwa cztery miesiące

Adam Czerwiński 2008-09-23, ostatnia aktualizacja 2008-09-23 15:21

Chciałem założyć najlepszy oddział neurochirurgii w Polsce. Bez kolejek i łapówek. Z ludźmi, którym się chce. Wszystko szło dobrze. Przez cztery miesiące – opowiada prof. Waldemar Koszewski*

Jesteśmy tak zanurzeni w rzeczywistości, że nie spostrzegamy absurdów, które nas otaczają. Uprzytomniłem to sobie kolejny raz, kiedy na Uniwersytecie Medycznym w Warszawie prowadziłem zajęcia dla zagranicznych studentów: z Bliskiego Wschodu i Europy Zachodniej, Chińczyków i Amerykanów. To ludzie wychowani w różnych kulturach i tradycjach, ale uderzyło mnie, że wszyscy dziwili się tym samym rzeczom.  Dlaczego pacjent, którego można obsłużyć w kilka godzin, musi leżeć w szpitalu tydzień?

Tłumaczyłem, że za leczenie płaci NFZ. I za dłuższą hospitalizację daje więcej pieniędzy.

Ale dlaczego, skoro w tym czasie inni czekają w kolejkach? – dopytywali.

No właśnie. Dlaczego?

Albo: Czemu chorego na raka polscy lekarze nierzadko poklepują po ramieniu i z uśmiechem mówią: wszystko będzie dobrze.

Tłumaczyłem, że może pacjent wcale nie chce wiedzieć.

Dlaczego? Przecież to dorosły człowiek. Ma prawo do informacji.

Prawda, że to celne pytania? Trzeba tylko uczciwie na nie odpowiedzieć i wiele może się zmienić.

Krzywe nie jest proste

Wciąż się zastanawiam, jak dobrze przygotować moich studentów do pracy na Tajwanie, w Australii, Europie Zachodniej i Ameryce.

Ale jak urządzić szpitalny oddział – wiem. Kiedy dyrekcja Instytutu Psychiatrii i Neurologii przy ul. Sobieskiego w Warszawie zaproponowała, żebym to zrobił, zgodziłem się. Ministerstwo Zdrowia dało pieniądze i ruszyliśmy.

Dostałem kawałek budynku, w którym była kuchnia. Oprócz ścian nośnych wszystko trzeba było zburzyć, zaprojektować i budować od nowa.

Rozmawiałem z architektem, żeby urządzić oddział optymalnie.

Pilnowałem wszystkiego. Kiedy murarz wmawiał mi, że krzywa ściana jest prosta, udowadniałem, że nie ma racji. Fachowcy od wykładzin kręcili nosami, gdy musieli układać różnokolorowe paski, zamiast po prostu rozwinąć rolkę. Ale gdy skończyli i zobaczyli efekt, przyznali, że wyszło nieźle.

Znalazłem specjalistkę od wystroju wnętrz. Zaprojektowała eleganckie wykończenia i nie wzięła grosza za swoją pracę. Nie ma białych kafelków i niebieskich podłóg jak w innych klinikach. W szpitalu zastanawiali się, dlaczego każdą ścianę maluję inną farbą. A teraz widzą, że kolory w naszej klinice otulają pacjentów.

Jego Wysokość Pacjent

Mój oddział to miejsce inne na różne sposoby. Sala operacyjna tuż przy wejściu – żeby nie wozić pacjenta przez cały oddział. Sale chorych dwu-, trzyłóżkowe, wszystkie z łazienkami. Bo chorzy są najważniejsi. Po nich są pielęgniarki; ciężko pracują, muszą mieć wygodnie. Lekarzom wystarczy biurko, komputer, kanapa. A ja – widzi pan – siedzę w najmniejszym pokoju w całej klinice. Luksusy powinien mieć nie ordynator, tylko Jego Wysokość Pacjent.

Ale najważniejszy jest blok operacyjny. To serce oddziału. Na miejscu mamy własną sterylizację i myjnię do narzędzi. Są przenośny rentgen, laserowy nóż i najnowszej generacji mikroskop operacyjny. Możemy zrobić każdą neurochirurgiczną operację.

Ile to kosztowało? Na całym świecie koszt budowy oddziału przelicza się na jedno łóżko. Europejska średnia – milion złotych za jedno miejsce. Takie stawki obowiązują też w Polsce. Mnie udało się taniej: 20-łóżkowa klinika za siedem milionów, czyli jedno łóżko za 350 tys.

Największy skarb: ludzie

Nóż laserowy można kupić. Nowoczesną salę operacyjną wybudować gdziekolwiek, to tylko kwestia pieniędzy. Ja mam coś bezcennego – doskonały zespół. Ci ludzie to największy skarb kliniki.

Nie chciałem wirtuozów skalpela. Oni wiele potrafią, ale są często zbyt pewni siebie, uważają, że sami mogą zdziałać cuda. A to nieprawda. Dla mnie dobry chirurg to taki, który potrafi pracować w zespole i zna swoje granice. Taki, który nie podejmie się każdej operacji, bo wie, że czasem może bardziej zaszkodzić, niż pomóc.

Postawiłem na ludzi, którzy mają pasję. Są inteligentni, otwarci. Znają się na różnych rzeczach. Jeden kończy specjalizację z neurologii, inny z medycyny ratunkowej. Ze swoją wiedzą wnoszą świeże spojrzenie na salę operacyjną. Inni mieli ciekawe kariery zawodowe. Jeden po medycynie skończył studia MBA. Pracował na wysokim stanowisku w firmie farmaceutycznej. Prowadzi firmę consultingową. Mówi, że pieniądze są ważne, ale liczy się sens tego, co robi. Bo najgorsza jest praca, która daje poczucie bezsensu; tak miał na poprzednim, bardzo dobrze płatnym stanowisku.

Kolejny chłopak był pilotem myśliwskim. Jeśli potrafił nauczyć się robienia takich rzeczy, to może zostać naprawdę świetnym neurochirurgiem.

Oprócz nich są koledzy z bardzo dużym doświadczeniem w neurochirurgii, świetne pielęgniarki i sanitariusze.

Kolejka? A co to?

Z takim zespołem mogłem spokojnie otwierać klinikę. Umówiliśmy się, że nie będzie u nas korupcji. Od firm farmaceutycznych nie bierzemy nawet długopisu. Jeśli chcą nam opowiedzieć o nowym leku – proszę bardzo. Ale nas interesują tylko wyniki badań. Chętnie słuchamy, ale nie pozwalamy sobie stawiać śniadań ani obiadków.

Ci, którzy pracowali w firmach, wiedzą, jakich ich przedstawiciele używają sztuczek, żeby kupić lekarzy. U nas nie mają czego szukać i omijają nas łukiem.

W oddziale nie ma mowy o łapówkach od pacjentów. Nikt z moich ludzi by nie wziął.

Zresztą my pracujemy tak, że pacjenci nie muszą o kopertach myśleć. Jakim cudem? Po prostu u nas nie ma kolejek. To kolejki psują system. Przecież jeśli ktoś usłyszy, że na operację ma czekać półtora roku, będzie szukał sposobu, żeby przyspieszyć leczenie. I zawsze znajdzie doktora, który pomoże. Niestety, niebezinteresownie.

Tak pracuje fabryka zdrowia

Mój sposób na kolejki? Bardzo prosty. Oddział musi pracować pełną parą, jak fabryka zdrowia. Przyjmujemy wszystkich, którzy się zgłaszają. W sali operacyjnej praca trwa przez całą dobę. Każdy pacjent ma błyskawicznie zabieg, później leży dwa dni i zwalnia miejsce dla kolejnych.

Chory nie czeka i nie denerwuje się (wiem coś o tym; kiedy znalazłem się po drugiej stronie, najgorsze było czekanie na terapię).

Żeby mechanizmy w maszynie się nie zacinały, nie można blokować łóżek. Dlatego ludzie po operacjach szybko wychodzą do domu albo od razu są kierowani na rehabilitację. A dla takich, którzy będą musieli dłużej poleżeć, szukamy miejsc w zakładach opiekuńczo-leczniczych. Wiem, że na całym Mazowszu jest z tym problem. Ale wymyśliliśmy, jak go rozwiązać. Każdy z moich lekarzy jest oficerem łącznikowym między kliniką a kilkunastoma ZOL-ami. Musi obdzwonić wszystkie placówki. przedstawić się i nawiązać współpracę. Kiedy do ZOL-u zadzwoni następnym razem, nikt mu nie odmówi.

Za dużo zarabiamy, bo ciągle operujemy

Pierwszych pacjentów przyjęliśmy 8 października ubiegłego roku. Przez cztery miesiące wszystko szło zgodnie z planem. Operowaliśmy non stop.

Ale jak to w każdym biznesie, w okresie rozruchu wykazywaliśmy stratę. Obciążały nas wydatki, które mieliśmy na starcie. Z tygodnia na tydzień bilanse wypadały jednak coraz lepiej, po kolejnym miesiącu wyszliśmy na zero. I wtedy nieoczekiwanie zaczęły się kłopoty. Okazało się, że za dużo zarabiamy.

Kiedy zaczynaliśmy, wszyscy mieliśmy etaty. Każdy brał po osiem dyżurów i w naszej fabryce robota szła pełną parą. Ale na początku roku zaczęły obowiązywać unijne normy czasu pracy. Nie pozwalają lekarzowi dyżurować więcej niż pięć razy w miesiącu. Aby być w zgodzie z prawem, każdy lekarz założył więc firmę i podpisał ze szpitalem kontrakt. Tylko dwóch lekarzy zostało na etacie, w tym ja – ordynator nie powinien mieć kontraktu.

Lekarz na kontrakcie pozornie zarabia więcej. Dostaje na rękę pensję brutto i sam płaci ubezpieczenie, podatki, ZUS. Po rozliczeniu zysk jest jednak minimalny.

W szpitalu trwały protesty płacowe, a my w sześciu robiliśmy swoje. Dyrekcja obiecała nam, że znajdzie pieniądze na zatrudnienie jeszcze dwóch specjalistów.

Nie przeszkodziło nam nawet to, że kiedy kilka osób poszło na urlopy, pracowaliśmy na okrągło. Braliśmy więcej dyżurów. Mój najmłodszy asystent miał ich 18, przepracował ponad 400 godzin, mnie przypadło 20 dyżurów. Wziąłem je nie dla zarobku, tylko z poczucia odpowiedzialności za naszych pacjentów. Zarobiłem ponad 30 tys., mój asystent 9 tys. brutto. Sporo, ale za pracę, którą inni wykonują w kwartał. Poza tym mieliśmy wyjątkową sytuację.

I rozpętało się piekło. Paski z naszymi pensjami stały się szpitalną sensacją. Wszyscy o nich plotkowali. Mówiono, że to niemoralne tyle zarabiać.

Już nie operujemy i nie zarabiamy – dyrekcja zadowolona

W końcu zareagowała dyrekcja. Usłyszałem, że nie może być tak, że mój najmłodszy asystent zarabia tyle, co szef całego instytutu, a ja jeszcze więcej. Chciałem spytać: Dlaczego?

Ale dostałem pismo, po którym opadły mi ręce. Dyrekcja napisała, że za dużo operujemy i trzeba ograniczyć ilość zabiegów. Zabrzmiało jak dobry wic, zupełnie jak w kabarecie. Ale to nie był żart.

Kolejne pismo zabroniło nam operować po godzinie 21. Maszyna zaczęła się zacinać, ale jeszcze funkcjonowała. Wciąż operowaliśmy. Potem dostaliśmy kolejne pismo: operujecie tylko do 15, a w nocy dyżuruje tylko najmłodszy lekarz.

Wystarczył jeden ruch i cała konstrukcja legła w gruzach. Przecież nie możemy nie mieć kolejki, jeśli nie będziemy operowali.

Mniejsza jednak z moimi pomysłami, schowałem dumę do kieszeni. Ale na fikcję nie mogę się godzić. Szczególnie, jeśli jest niebezpieczna dla pacjentów. Bo już nie możemy robić ciężkich operacji. Zdarza się przecież, że trzeba w nocy reoperować chorego, który miał zabieg w dzień. Teraz to niemożliwe. Od kilku miesięcy nie możemy normalnie pracować.

Wszyscy wkoło są zadowoleni. Już dużo nie zarabiamy.

Wszyscy odejdziemy. Szkoda

Nie po to urządzałem jak najlepszy w Polsce oddział, by robić operacje, które można zrobić w sanatorium. Skoro nie operujemy, nie dostaniemy ministerialnej akredytacji i moi najmłodsi lekarze zostaną bez specjalizacji. Nie wiem, co będzie z kontraktem z NFZ; skoro nie wykorzystamy tegorocznego, następny może być niższy.

Ale najgorsze jest poczucie braku sensu. My go zupełnie straciliśmy. I dłużej nie będziemy uczestniczyć w fikcji. Jeśli nie będziemy mogli pracować normalnie, wszyscy odchodzimy. Dajemy sobie czas do 15 października.

Nie chcę opowiadać bajek, że chorzy bez nas poumierają, w Warszawie jest jeszcze kilka klinik neurochirurgii. Zresztą bez nas nasza klinika nie zniknie. Zawsze znajdzie się chętny na stanowisko ordynatora. Przyjdzie ze swoimi ludźmi. I może urządzi wszystko jak zawsze: firmy farmaceutyczne, kolejki, a pacjent nie będzie już Jego Wysokością.

Czy nie szkoda mojej pracy? Ja sobie poradzę. W końcu jestem profesorem medycyny. Mogę stworzyć kolejną klinikę. Wiem, jak to się robi, ile to kosztuje. Ale stracę ludzi. Oni nie będą mogli na mnie czekać.

* Prof. Waldemar Koszewski. Neurochirurg. Na studiach w warszawskiej Akademii Medycznej był wiceprezesem NZS. Autor modyfikacji sposobów operacji guzów przysadki mózgowej, chirurgicznego leczenia choroby Parkinsona, dyskopatii piersiowej, leczenia bólu. Jako pierwszy w Polsce zastosował stymulator nerwu błędnego w operacyjnym leczeniu padaczki. Ma na koncie ponad 80 publikacji. Nim założył klinikę neurochirurgii w Instytucie Psychiatrii i Neurologii, pracował w Szpitalu Bielańskim. To jedna z niewielu placówek, która na operacjach neurochirurgicznych nie traci. Jego oddział był urządzony według podobnych wzorców.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Wzięte ze strony: http://wyborcza.pl/1,87648,5724859,Bez_lapowek_szpital_przetrwa_cztery_miesiace.html

– – –

Dajcie więcej takich przykładów…

Wrzesień 28, 2008 - Posted by | Inne | , ,

4 Komentarze

  1. tez dobre:
    http://wyborcza.pl/1,87648,5724863,Kolejka_musi_byc.html

    Komentarz - autor: Paweł | Wrzesień 28, 2008

  2. next:

    Prezes PKP faworyzuje firmę swego brata

    Kumoterstwo i nepotyzm pierwszego stopnia w PKP! Firma należąca do brata prezesa PKP wygrywa przetarg na modernizację linii kolejowej.
    http://infokolej.pl/viewtopic.php?t=5353

    Komentarz - autor: Paweł | Wrzesień 29, 2008

  3. http://prawy.blox.pl/2006/03/Gry-Policyjne.html

    Komentarz - autor: Paweł | Październik 1, 2008


Sorry, the comment form is closed at this time.

%d blogerów lubi to: