Dziwny jest ten świat

… to mało powiedziane ! ;-)

Mój umysł, moje JA

Jakiś czas temu napisałem pewien wpis na innym blogu, postanowiłem przypomnieć go sobie jeszcze raz, dodając co nie co.

Będzie o człowieku, o każdym z nas, o Tobie.

Czy jesteś w stanie wyciszyć się wewnętrznie? No właśnie, ostatnimi czasy, zastanawiałem się nad tym jak zrobić żeby nie gadać do siebie w myślach. Non stop o czymś myślę. „Nie mój umysł” napędzał się, prowokował aby zrobić to i to, aby np. wyzwolić emocje nad czymś lub nad kimś. Myślę że to pachnie nie ładnie, i dla mnie i dla innych.

A oto co się dowiedziałem na ten temat:

Barbara Marciniak w książce „Zwiastuni Świtu” napisała następujące fragmenty z owej książki:

Wiele wieków temu Ziemia była jedynie myślą powstałą w umysłach potężnych istot, które postawiły przed sobą zadanie stworzenia nowych form istnienia. Wiele z tych istot miało wpływ na stworzenie tego wszechświata, a wy określacie je terminem “Bóg”- Faktycznie były to pozaziemskie energie niosące światło, mocno oddalone od Najwyższego Stwórcy.

Istoty te przewinęły się przez kultury starożytne wielu społeczeństw, portretowane jako uskrzydlone stwory i kule światła. Świat jest pełen wzmianek, śladów i artefaktów wskazujących na to, kim byli wasi bogowie. Ci z nich, którzy pragnęli manipulować ludźmi tworzyli swoje własne opowieści, aby stworzyć paradygmat, który będzie was kontrolował. Mówiono wam, że te istoty są naprawdę bogami, i uczono was ich czcić, słuchać i uwielbiać. Ten paradygmat jest teraz u progu gigantycznego zwrotu. Lada chwila wyjdzie na jaw prawda, prawda która odmieni całkowicie sposób, w jaki postrzegacie świat. Biada tym, którzy nie będą skłonni jej dostrzec. Odgłosy tego wstrząsu rozejdą się po całym świecie.

Wasze emocje są pokarmem dla innych. Kiedy steruje się wami, aby wywoływać szaleństwo i zniszczenie, tworzycie wibracje o częstotliwości, która podtrzymuje życie tych innych istot, ponieważ w ten sposób się odżywiają.

Bogowie wtargnęli do tej rzeczywistości. Zupełnie jak zespołowi najeźdźcy w waszych czasach przybywają i przejmują interes, ponieważ być może są tam obfite fundusze emerytalne; tak więc fundusze na tej planecie były w wielkiej obfitości w czasach kiedy pojawili się ci bogowie – najeźdźcy. Abyście wierzyli, że są Bogami przez duże B, przekształcili was genetycznie.

Przed najazdem mieliście potężne możliwości. Pierwotny egzemplarz biogenetyczny człowieka posiadał niewiarygodną ilość informacji, był międzywymiarowy i wiele umiał. Kiedy świat najechali bogowie stwórcy, odkryli że miejscowe gatunki wiedzą zbyt dużo. Lokalne gatunki miały zdolności, które były zbyt podobne do tych którzy podawali się za Boga.

Kim są te istoty, które przybyły i oderwały się od pierwotnych planów (dotyczących) Ziemi? Kim są te kosmiczne istoty, które określamy czasem jako “Ciemne Koszulki”? Bądźcie uprzejmi, kiedy mówicie o siłach ciemności. Nie mówcie, jakoby były one złe. Zrozumcie po prostu, że są one nie poinformowane, i tworzą systemy, które są również nie poinformowane, ponieważ wierzą, że tak właśnie muszą postępować. Kiedyś walczyli i sami odseparowali się od wiedzy, tak więc teraz rozpaczliwie trzymają się tej wiedzy jaką posiadają i takiego życia, jakie powołali do istnienia. Jest to życie oparte na strachu, życie które nie honoruje innego życia, życie które korzysta z innego życia. Kim są te istoty? Są to gady.

Na Ziemi istnieją różne portale, które pozwalały różnym gatunkom, bogom stwórcom z kosmosu, dostać się na nią. Jednym z wielkich portali, o które obecnie toczy się walka, jest portal na Bliskim Wschodzie. Jeżeli prześledzicie w myślach historię Ziemi, rozpoznacie, jak wiele dramatów religii i cywilizacji rozegrało się w tym portalu. To olbrzymi portal – o promieniu około tysiąca mil. To dlatego tyle się dzieje na Bliskim Wschodzie. Jest to portal używany przez “Jaszczurki“.

Przekazy od kasjopean oraz Gurdżijew zdają się potwierdzać powyższe informacje. Tak czy siak do tego momentu można przyjąć że to co mamy w głowie, nasz umysł, nasze myśli, są nie nasze, pochodzą z jakiegoś umysłu zwanego gadem. To tak jakby przerobić DNA ludzkie, zaszczepić pewną świadomość.

Z kolei Castaneda Carlos w książce „Aktywna strona nieskończoności” pisze:
(wybrane fragmenty)

Rzeczywiście, dostrzegłem jakiś dziwny, ulotny, czarny cień na tle liści drzew. Był to albo jeden cień, poruszający sie w przód i w tył, albo kilka, przesuwających sie z lewa na prawo albo z prawa na lewo lub prosto w gore. Jawiły mi sie one jako grube czarne ryby, ogromne ryby. Wyglądało to tak, jak gdyby w powietrzu latały gigantyczne mieczniki. Widok ten pochłonął mnie całkowicie. W końcu zacząłem sie go bać. Zrobiło sie za ciemno i nie widziałem juz liści, ale ciągle widziałem te ulotne, czarne cienie.

– Co to jest, don Juanie? – zapytałem. -Wszędzie dokoła dostrzegam ulotne, czarne cienie.

– Ach, to właśnie dziki wszechświat – odrzekł. – Niemierzalny, nieliniowy, wykraczający poza sferę języka. Czarownicy starożytnego Meksyku byli pierwszymi, którzy te ulotne cienie ujrzeli, wiec zaczęli za nimi podążać. Widzieli je tak, jak ty je teraz widzisz, i widzieli je jako energie w jej ruchu we wszechświecie. I faktycznie udało im sie odkryć coś transcendentalnego.

Przestał mówić i spojrzał na mnie. Jego pauzy były zawsze doskonale zaplanowane. Przestawał mówić wówczas, gdy umierałem z ciekawości.

– Co takiego odkryli, don Juanie?- zapytałem.

– Odkryli, ze mamy towarzysza na cale życie – powiedział tak dobitnie, jak tylko potrafił. – Drapieżce, który przybył z otchłani kosmosu i zawładnął naszym życiem. Ludzie są jego więźniami. Ten drapieżca jest naszym panem i władca. Zrobił z nas potulne, bezradne baranki. Jeżeli chcemy sie zbuntować, bunt zostaje zdławiony. Jeżeli chcemy działać niezależnie, rozkazuje nam, byśmy tego nie robili.

– Dlaczego ten drapieżca zawładnął nami w sposób, o jakim mi mówiłeś, don Juanie? – zapytałem. – Musi istnieć jakieś logiczne wytłumaczenie.

– Jest wytłumaczenie – odparł don Juan – i to najprostsze na świecie. Zawładnęli nami, ponieważ jesteśmy ich pożywieniem, i uciskają nas bezlitośnie, ponieważ utrzymujemy ich przy życiu. My hodujemy kurczęta na kurzych fermach, gallineros, drapieżcy zaś hodują nas na ludzkich fermach, humaneros. Dlatego zawsze maja co jeść.

– Chce przemówić do twojego analitycznego umysłu – rzekł don Juan. – Zastanów sie przez chwile, a potem mi powiedz, jak byś wytłumaczył sprzeczność pomiędzy inteligencja człowieka-inżyniera i głupotą jego przekonań albo głupotą jego pełnego sprzeczności zachowania. Czarownicy są przekonani, ze to drapieżcy dali nam przekonania, nasze pojęcie dobra i zła, nasze prawa społeczne. To oni stworzyli nasze nadzieje i oczekiwania, sny o powodzeniu i myśli o porażce. Dali nam pożądanie, chciwość i tchórzostwo. To przez drapieżców jesteśmy tak zadowoleni z siebie, schematyczni i egoistyczni.

– Ale jak można tego dokonać, don Juanie? – zapytałem, jakby bardziej jeszcze rozeźlony tym, co mówi. – Szepcą nam to wszystko do ucha, kiedy śpimy?

– Nie, nie robią tego w ten sposób. To idiotyczny pomysł! – odparł z uśmiechem.- Są nieskończenie skuteczniejsi i bardziej zorganizowani, niż ci sie zdaje. Aby zapewnić sobie nasze posłuszeństwo, uległość i słabość, drapieżcy wykonali fantastyczne posuniecie – fantastyczne, oczywiście, z punktu widzenia strategii wojennej, a przerażające z punktu widzenia tych, przeciwko którym zostało skierowane. Oddali nam swój umysł! Słyszysz, co mowie? Drapieżcy oddają nam swój umysł, który staje sie naszym umysłem. Umysł drapieżców jest barokowy, pełen sprzeczności, posępny, przepełniony obawa przed zdemaskowaniem, które może nastąpić lada chwila.

– Czarownicy starożytnego Meksyku – powiedział- widzieli drapieżce. Nazwali go latawcem, bo skacze w powietrzu. Nie jest to urzekający widok. To wielki cień, mroczny i nieprzenikniony, czarny cień, który w podskokach przemieszcza sie w powietrzu. Potem ląduje płasko na ziemi. Czarowników starożytnego Meksyku niezwykle nurtowało pytanie, kiedy pojawił sie on na Ziemi. Rozumowali tak, że człowiek w pewnym okresie musiał być istotą doskonalą, obdarzona fenomenalnym wglądem, zdolnym do takich wyczynów percepcji, że dziś są one przedmiotem legend. A potem wszystko jakby zniknęło i oto mamy obecnie człowieka uśpionego.

– Ten drapieżca- powiedział don Juan – który jest, rzecz jasna, istota nieorganiczna, nie jest dla nas tak całkowicie niewidzialny jak inne istoty nieorganiczne. Myślę, że jako dzieci go widzimy; jest to dla nas jednak tak przerażający widok, że nawet nic chcemy o tym myśleć. Dzieci, rzecz jasna, czasem sie upierają i chcą zwrócić na niego baczniejsza uwagę, lecz wszyscy dokoła zniechęcają je do tego.

Jedyna alternatywa dla ludzkości – ciągnął – jest dyscyplina. Dyscyplina to jedyny środek zaradczy. Ale gdy mowie o dyscyplinie, nie chodzi mi o jakieś ascetyczne praktyki. Nie chodzi mi o to, żeby wstawać o piątej trzydzieści każdego ranka i polewać sie zimna woda aż do zsinienia. Poprzez dyscyplinę czarownicy rozumieją umiejętność niewzruszonego stawiania czoła przeciwnościom losu, których nie braliśmy pod uwagę w naszych oczekiwaniach. Dla nich dyscyplina jest sztuka: sztuka stawiania czoła nieskończoności bez mrugnięcia okiem i to nie dlatego, że są oni silni i twardzi, lecz dlatego, ze przepełnia ich nabożna cześć.

– W jaki sposób dyscyplina czarowników może być środkiem zaradczym? – zapytałem.

– Czarownicy powiadają, że dyscyplina sprawia, iż lśniąca otoczka świadomości staje sie dla latawca niesmaczna – odparł don Juan, bacznie wpatrując sie w moja twarz, jakby szukał w niej jakichś oznak niedowierzania.- Efekt jest taki, ze drapieżcy są zdezorientowani. Lśniąca otoczka świadomości, która jest niejadalna, nie mieści sie, jak sadze, w ich systemie poznawczym. Zdezorientowani, nie maja innego wyjścia, jak tylko odstąpić od swych nikczemnych zamiarów.

Jeżeli drapieżcy nie będą przez jakiś czas zjadać naszej lśniącej otoczki świadomości – ciągnął – ta będzie dalej rosnąc. Upraszczając te kwestie maksymalnie, mogę powiedzieć tak, że czarownicy, dzięki zachowywaniu dyscypliny, odpychają drapieżców wystarczająco długo, by ich lśniąca otoczka świadomości rozrosła sie powyżej poziomu palców stop. Kiedy juz przekroczy ten poziom, urasta z powrotem do pierwotnych rozmiarów. Czarownicy starożytnego Meksyku mawiali, ze lśniąca otoczka świadomości jest jak drzewo. Jeżeli go nie przycinać, rozrasta sie do naturalnych rozmiarów i osiąga naturalna gęstość. Gdy wiadomość osiąga poziomy ponad poziomem palców stop, jej fenomenalne wyczyny staja sie oczywistością.

Wspaniałą sztuczką dawnych czarowników – ciągnął don Juan – polegała na obciążeniu umysłu latawca dyscyplina. Stwierdzili oni, ze jeśli narzucić umysłowi latawca wewnętrzną cisze, wówczas obca instalacja sie rozprasza; daje to każdemu, kto wykonuje ten manewr, absolutna pewność zewnętrznego pochodzenia umysłu. Obca instalacja powraca, tego możesz być pewien, ale juz nie tak silna, i tak oto rozpoczyna sie proces, w którym rozpraszanie umysłu latawca staje sie zabiegiem rutynowym; proces ten trwa tak długo, aż pewnego dnia umysł latawca rozprasza sie na dobre. Smutny to dzień, doprawdy! Od tego dnia bodziesz musiał sie opierać na własnej inwencji, która jest bliska zeru. Nie będzie juz nikogo, kto by ci powiedział, co masz robić. Nie będzie juz żadnego zewnętrznego umysłu, który mógłby ci dyktować kretyństwa, do których zostałeś przyzwyczajony.

Mój nauczyciel, nagual Julian, zawsze przestrzegał wszystkich swoich uczniów – kontynuował don Juan – że jest to najcięższy dzień w życiu czarownika, ponieważ prawdziwy umysł – ten, który należy do nas, łączna suma wszystkiego, czego doświadczyliśmy – po trwającym cale życie poddaństwie, jest nieśmiały, niepewny i nie można na nim polegać. Osobiście powiedziałbym, że dla czarownika prawdziwa bitwa rozpoczyna sie dopiero w tym momencie. Cała reszta to tylko przygotowania.

Dyscypline umysłu, naszego drapieżnika o którym mowa powyżej skojażyłem z pewnym fragmentem z książki pt „Fragmenty Nieznanego Nauczania”, a mianowicie chodzi o „pamiętaniu siebie”, cytat:

Podczas któregoś ze spotkań, G. postawił na wstępie pytanie, na które wszyscy obecni mieli po kolei odpowiedzieć. Pytanie brzmiało: “Co jest najważniejszą rzeczą, którą spostrzegliśmy podczas obserwacji siebie?”

Niektórzy z obecnych powiedzieli, że podczas prób obserwacji siebie szczególnie mocno odczuwali nieustający potok myśli, którego nie byli w stanie zatrzymać. Inni mówili o trudności odróżnienia pracy jednego centrum od pracy innego centrum. Ja widocznie w ogóle nie zrozumiałem pytania albo odpowiedziałem tylko na swoje własne myśli, ponieważ powiedziałem, że to, co najbardziej mnie uderzyło, to wzajemne powiązanie ze sobą różnych rzeczy w systemie – czyli całościowość systemu, tak jakby był on jednym organizmem – i całkowicie nowe znaczenie słowa znać, które zawierało nie tylko ideę znajomości tego czy innego aspektu, ale też związku istniejącego pomiędzy daną rzeczą i wszystkim innym.

G. był wyraźnie niezadowolony z naszych odpowiedzi. Zaczynałem już go rozumieć w takich okolicznościach. Zobaczyłem, że oczekiwał on od nas wskazania na coś konkretnego, co umknęło naszej uwagi albo czego nie udało nam się zrozumieć.

– Żaden z was nie spostrzegł najważniejszej rzeczy, na którą zwróciłem wasze uwagę – powiedział. – A mianowicie żaden z was nie spostrzegł, że nie pamiętacie siebie samych – szczególnie zaakcentował te słowa. Nie czujecie siebie samych; nie jesteście świadomi siebie samych. Z wami jest tak, że “to obserwuje” tak samo, jak “to mówi”, “to myśli”, “to się śmieje”. Wy nie czujecie tego, że ja obserwuję, ja zauważam, ja widzę. Wszystko ciągle “jest zauważane”, “jest widziane”… By rzeczywiście móc obserwować samego siebie, trzeba najpierw pamiętać samego siebie – znów podkreślił te słowa. Spróbujcie pamiętać siebie, gdy się obserwujecie. Powiecie mi później o otrzymanych przez was wynikach. Tylko te wyniki, którym towarzyszy pamiętanie siebie, będą miały jakkolwiek wartość. Bo inaczej wy sami nie istniejecie w waszych obserwacjach. A w takim wypadku, cóż warte są wszystkie wasze obserwacje?

Te słowa G. dały mi dużo do myślenia. Od razu wydało mi się, że stanowią one klucz do zrozumienia tego, co G. wcześniej powiedział temat świadomości. Ale postanowiłem nie wyciągać żadnych wniosków, tylko spróbować, obserwując siebie, pamiętać samego siebie.

Już pierwsze próby pokazały mi, jakie to było trudne. Próby pamiętania siebie nie przyniosły mi żadnych wyników oprócz tego, że pokazały, iż w rzeczywistości nigdy nie pamiętamy samych siebie.

– Czego więcej chcesz? – powiedział G. – Już samo uprzytomnienie sobie tego jest bardzo ważne. Ludzie, którzy to wiedzą – podkreślił te słowa – już dużo wiedzą. Cały kłopot w tym, że nikt tego nie wie. Jeśli zapytasz się człowieka, czy może pamiętać samego siebie, to oczywiście odpowie, że może. Jeśli mu powiesz, że nie może, to albo będzie na ciebie zły, albo pomyśli, że jesteś skończonym głupcem. To na tym opiera się całe życie, cała ludzka egzystencja, cała ludzka ślepota. Jeśli człowiek naprawdę wie, że nie może pamiętać samego siebie, to jest on bliższy zrozumienia swojego bycia.

Wszystko, co powiedział G., wszystko, co ja sam myślałem, a w szczególności wszystko to, co pokazały mi moje próby pamiętania siebie, bardzo szybko przekonało mnie o tym, że stanąłem wobec całkowicie nowego problemu, na który ani nauka, ani filozofia dotychczas nie natrafiły.

Ale przed wyciągnięciem wniosków spróbuję opisać moje próby “pamiętania samego siebie”.

Pierwszym wrażeniem, jakie odniosłem, było to, że próby pamiętania siebie lub bycia świadomym samego siebie, czy też stwierdzenia przed samym sobą: “to ja idę, to ja robię” i ciągłego doznawania tego ja zatrzymywały myśli. Kiedy czułem to ja, nie mogłem ani myśleć, ani mówić; nawet doznania stały się przyćmione. Dlatego też w ten sposób można “pamiętać samego siebie” tylko przez bardzo krótki czas.

Poprzednio przeprowadzałem już pewne doświadczenia nad zatrzymywaniem myśli, o których wspominają książki o praktyce jogi. Na przykład istnieje taki opis w książce Edwarda Carpentera From Adam’s Peak to Elephanta, choć jest on bardzo ogólny. I pierwsze próby “pamiętania siebie” przypominały mi dokładnie te pierwsze doświadczenia. Było to właściwie to samo, z tą różnicą, że podczas zatrzymywania myśli uwaga całkowicie jest skierowana ku wysiłkowi nie dopuszczania myśli, natomiast w trakcie “pamiętania siebie” uwaga staje się podzielona: jedna jej część kieruje się ku temu samemu wysiłkowi, a druga ku doznawaniu siebie.

Uprzytomnienie sobie tego ostatniego faktu umożliwiło mi dojście do pewnej, przypuszczalnie bardzo niepełnej definicji “pamiętania siebie”, która w praktyce okazała się bardzo użyteczna.

Mam na myśli podział uwagi, który jest charakterystyczną cechą pamiętania siebie.

Przedstawiłem to sobie w następujący sposób:

Gdy obserwuję coś, to moja uwaga skierowana jest ku temu, co obserwuję – linia z jedną strzałką:

Ja – – – – – – –  – – – – – – – – –– – – – – – – – – – – > obserwowane zjawisko

Gdy jednocześnie próbuję pamiętać samego siebie, to moja uwaga skierowana jest zarówno ku obserwowanemu przedmiotowi, jak i ku samemu sobie. Na linii pojawia się druga strzałka:

Ja <– – – – – – – –  – – – – – – – – – – – – – – – – – – > obserwowane zjawisko

Po zdefiniowaniu tego dostrzegłem, że problem polega na skierowaniu uwagi na siebie bez osłabiania lub zacierania uwagi skierowanej na obserwowane zjawisko. Przy tym to “zjawisko” mogło równie dobrze znajdować się wewnątrz mnie, jak i poza mną.

Już pierwsze próby takiego podziału uwagi wskazały mi, że jest on możliwy. Jednocześnie zobaczyłem wyraźnie dwie rzeczy.

Po pierwsze, zobaczyłem, że “pamiętanie siebie” będące wynikiem metody nie ma nic wspólnego z “introspekcją” lub “analizą”. Był to nowy, bardzo interesujący stan o dziwnie znajomym posmaku.

Po drugie, zdałem sobie sprawę, że chwile pamiętania siebie choć rzadko, to jednak zdarzają się w życiu. Ale tylko rozmyślne powodowanie tych chwil stwarza doznanie nowości. W rzeczywistości miałem z nimi do czynienia już od wczesnego dzieciństwa. Pojawiały się one albo nowym i nieoczekiwanym otoczeniu, w nowym miejscu, pośród nowych ludzi w trakcie podróży, na przykład wtedy, kiedy ktoś nagle się rozgląda i mówi: Jakie to dziwne! Ja i to w tym miejscu; albo w chwilach pełnych emocji, w chwilach niebezpieczeństwa, w chwilach, gdy nie można stracić głowy, gdy słyszy się swój własny głos i widzi czy obserwuje się siebie samego z zewnątrz.

Całkiem wyraźnie zobaczyłem, że moje pierwsze wspomnienia z życia – w moim wypadku z bardzo wczesnego dzieciństwa – były chwilami pamiętania siebie. Uprzytomnienie sobie tego ostatniego objawiło mi wiele innych rzeczy. A mianowicie zobaczyłem, że naprawdę pamiętam z przeszłości tylko te chwile, w których pamiętałem samego siebie. O innych wiedziałem tylko tyle, że miały miejsce. Nie byłem w stanie w pełni ich ożywić ani na nowo ich doświadczyć. Natomiast chwile, w których pamiętałem samego siebie, były żywe i ani trochę nie różniły się od teraźniejszości. Ciągle jeszcze bałem się wyciągać wnioski. Ale dostrzegłem już, że stoję na progu bardzo wielkiego odkrycia. Zawsze dziwiła mnie słabość i niewystarczalność naszej pamięci. Tak wiele rzeczy zanika. Wydawało mi się, że na tym właśnie opierała się cała absurdalność naszego życia. Po co tyle doświadczać, by później o tym zapomnieć? Ponadto było w tym coś poniżającego. Człowiek czuje coś, co wydaje mu się czymś bardzo dużym; myśli, że nigdy tego nie zapomni; mija rok czy dwa i nic z tego nie pozostaje. Teraz stało się dla mnie jasne, dlaczego tak się działo i dlaczego nie mogło dziać się inaczej. Jeśli nasza pamięć zachowuje przy życiu tylko chwile pamiętania siebie, to jest oczywiste, dlaczego nasza pamięć jest taka słaba.

Wszystko to uprzytomniłem sobie podczas pierwszych dni. Później, kiedy zacząłem się uczyć dzielić uwagę, zobaczyłem, że pamiętanie siebie dostarczało cudownych doznań, które w naturalny sposób, to znaczy same z siebie, pojawiają się bardzo rzadko i tylko w wyjątkowych warunkach. I tak, na przykład, w owym czasie zwykłem włóczyć się często nocami po Petersburgu i doznawać domów i ulic. Petersburg pełen jest takich dziwnych doznań. Domy, szczególnie stare domy, zdawały się całkiem żywe i prawie że do nich mówiłem. Nie była to “wyobraźnia”. Nie myślałem o niczym, po prostu tylko szedłem, próbując “pamiętać samego siebie” i rozglądając się naokoło; doznania pojawiały się same.

Później w taki sam sposób odkryłem wiele nieoczekiwanych rzeczy. Ale będę o tym mówił dalej.

Czasami “pamiętanie siebie” nie udawało się, a czasami towarzyszyły mu ciekawe obserwacje.

Szedłem kiedyś wzdłuż Litejnego w stronę Prospektu Newskiego i pomimo wszystkich wysiłków nie byłem w stanie utrzymać uwagi na “pamiętaniu siebie”. Hałas, ruch, wszystko to mnie rozpraszało. Co minutę gubiłem wątek uwagi, na nowo go odnajdywałem i potem znowu go gubiłem. W końcu poczułem rodzaj zabawnej irytacji i skręciłem w ulicę w lewo, podejmując stanowczo decyzję, że przynajmniej przez jakiś czas będę pamiętał samego siebie – w każdym razie do chwili, aż dotrę do następnej ulicy. Doszedłem do Nadieżdinskiej, nie gubiąc – z wyjątkiem może krótkich chwil – wątku uwagi. Potem znowu skręciłem w stronę Newskiego, zdając sobie sprawę, że na cichych ulicach jest mi łatwiej nie gubić biegu myśli. Zapragnąłem zatem wypróbować swoje możliwości na ruchliwszych ulicach. Doszedłem do Newskiego, ciągle jeszcze pamiętając samego siebie, i zaczynałem już doświadczać dziwnego emocjonalnego stanu wewnętrznego spokoju i ufności, który przychodzi po tego rodzaju wielkich wysiłkach. Zaraz za rogiem na Newskim znajdował się sklep tytoniowy, gdzie robiono moje ulubione. papierosy. Ciągle jeszcze pamiętając samego siebie, pomyślałem, że wejdę tam i zamówię kilka paczek.

Dwie godziny później obudziłem się na Tawriczeskiej, a więc dość daleko od owego sklepu. Jechałem dorożką do drukarni. Doznani przebudzenia było niezwykle żywe. Mogę wręcz powiedzieć, że się ocknąłem. Pamiętałem wszystko naraz: to jak szedłem Nadieżdinską, to jak pamiętałem samego siebie, jak myślałem o papierosach i jak myśląc o tym wydało mi się, że nagle cały zapadłem się i zniknąłem w głębokim śnie.

Jednocześnie, będąc pogrążonym w tym śnie, kontynuowałem wykonywanie logicznych i celowych działań. Wyszedłem ze sklepu tytoniowego, wstąpiłem do mojego mieszkania na Litejnym, zadzwoniłem do drukarni. Napisałem dwa listy. Potem znowu wyszedłem z domu. Szedłem lewą stroną Newskiego aż do Gostinnego Dworu z zamiarem dojścia do Oficerskiej. Ponieważ zrobiło się późno, zmieniłem plany. Wziąłem dorożkę i pojechałem na Kawalergardzką, do mojej drukarni. Po drodze, jadąc Tawriczeską, zacząłem odczuwać dziwny niepokój, tak jakbym o czymś zapomniał. I nagle przypomniałem sobie, że zapomniałem pamiętać samego siebie.

Osobiście na mojej własnej obserwacji stwierdziłem że kiedy próbuje pamiętać siebie samego, czyli staram się skierować uwagę do siebie jak i też na zewnątrz, tzn próbować pamiętać wszystko co otrzymuje z zewnątrz: doznania, zapach, wzrok itd. oraz jakby patrzeć na siebie samego, co robie, jakie ruchy, jak reaguje. To wtedy przestaje gadać do siebie, mój umysł ucisza się, rozprasza się. Pomyślałem że byc może jest to pewna metoda o której ‚mówi’ don Juan powyżej.

ps właśnie naszły mnie myśli że wcale nie chce pozbywać się swego umysłu, bo przecież jest mój, jest moją częścią. Może to oznacza że mój ‚gad’ broni się przed śmiercią? małe oznaki ; ] Z drugiej strony, na samym poczatku Marciniakowa mówi że to nie nasz umysł, kasjopeania w swoich przekazach, oraz sam G. oraz co ważne sam u siebie zaobserwowałem takie „coś” znaczy się mój umysł i jego figle ; ]

Więc nie łatwo narzucić sobie dyscyplinę polegającą na wewnętrznym uciszeniu, co można by uzyskać po przez pamiętanie siebie, ale jak przekazuje don Juan krok po kroku, i praktyka czyni mistrza, cel zostaje osiągnięty. Jednak okazuje się że mistrz który osiągnął swój cel stał się małym dzieckiem który pozbył się nie swojej części świadomości. Słyszałem kiedyś powiedzenie że gro ludzi w duchu jest malutkimi dziećmi, mimo dorosłego wieku, chyba mówi o tym samym don Juan do Castanedy, jednocześnie wtedy dopiero zaczyna się prawdziwe życie nowego człowieka, jakże musi być inne bez gada ; ]

Można by powiedzieć że aby się wyciszyć wystarczy pomedytować , ale czy to coś da, czy to czasem nie jest ślepa uliczka New Age’u. Cóż poeksperymentować chyba nie zaszkodzi, jeśli ktoś ma ochotę ; ]

ps. sorry za błędy ort.

Październik 26, 2007 - Posted by | Człowiek | , , ,

Sorry, the comment form is closed at this time.

%d bloggers like this: